Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS

Kroniki Gildii Magów. Rozdział II

poniedziałek, 25 lutego 2008 22:55

 

Helo. Wspominałem w poprzednim wpisie, że od niedawna współtworzę blog Huberta Staniszewskiego. Tak się akurat złożyło, że mam nieco czasu i się na nim (na blogu) rozszalałem. Nawet się HaeS zaczął zastanawiać, czy go z interesu nie wygryze. Drogi Hubercie. Śpij spokojnie. R-Chee'emu nie takie głupoty w głowie jak opanowanie świata dzięki propagandzie zamieszczanej na twoim blogu. Na razie.



Dziś drugi rozdział Kronik Gildii Magów. A więc do czytania przystąp. Art autorstwa Dizzyfool. Thank you Chris.



Pzdr

R-Chee

 

**************************************************************************************************

Flint


ROZDZIAŁ II

KU PRZEZNACZENIU



Gęste chmury skutecznie blokowały promienie słoneczne. Mimo, iż był środek dnia, widoczność była słaba. Wiatr, choć lekki, dawał się wyraźnie we znaki podróżnym. Piotr, ubrany w tradycyjne szaty zakonu, krwistoczerwony płaszcz z kapturem, pod którym schowany był pancerzem wykonany ze stopu ardytu i glukazu z niecierpliwością oczekiwał celu podróży. Klacz na której mag ognia podróżował, była dobrze przygotowana, lecz i ona poczęła odczuwać skutki podróży w nieprzyjaznych warunkach. Z kolei, po prawej stronie maga podróżował Jakub. Dosiadał on konia śnieżnobiałej maści - charakterystycznego dla zakonu Paladynów. Obaj, ze zgarbionymi, ukrytymi pod kapturami głowami kierowali się w stronę stworzonej wieki temu przez pradawne plemiona Cytadeli, obecnie zamieszkiwanej przez stwory wszelakiej maści, od elfów i krasnoludów, przez potężnych magów i inne magiczne istoty, na orkach i jaszczurach kończąc.

Towarzysze byli w drodze już od trzech dni, jednakże rzadko ze sobą rozmawiali. Częściowo winna była temu aura, ale i nie bez znaczenia była przemiana, jaka wyraźnie dokonała się w Piotrze, po tym jak usłyszał z kim dane będzie im walczyć.

- Piotrze - przemówił nagle Jakub. - Od początku naszej podróży unikasz odpowiedzi na moje pytania. Zdaje sobie sprawę, że to temat trudny, atoli naprawdę zależy mi na tym, by naszego przeciwnika poznać.

- Który raz owe pytanie zadajesz? - odpowiedział mag pytaniem na pytanie.

- Zliczyć nie zdołam, ale poprzestać nie zamierzam, póki odpowiedzi mi nie udzielisz.

- Ach ci Paladyni - skwitował Piotr i popędził nieco swą klacz.

- Nie tym razem - rzekł Szary Wilk zajeżdżając drogę towarzyszowi.

- Aż tak bardzo ci zależy? - zapytał Piotr zrezygnowany.

- Tak.

Piotr zamyślił się chwilę. Nie wiedział jak zareagować. Chwila zdawała się przedłużać w nieskończoność. I wtedy właśnie stało się coś, co przekonało ostatecznie Piotra do podjęcia decyzji. Mag spojrzał w ukryte pod kapturem oczy Paladyna i zobaczył tam to co zobaczyć pragnął. Nie zwykłą, ludzką ciekawość, lecz ogień. Ogień którego nie widział od tak dawna, a który tak często widywał u dawnych mistrzów klasztoru Świętego Ognia. Mag w jednej chwili pojął, że ma przed sobą postać niezwykłą, na tyle silną, by potrafiła sprzeciwić się woli najsilniejszych przeciwników, a jednocześnie tak łagodną, że nie potrafiła by patrzeć bezczynnie na krzywdę innych.

Piotr uśmiechnął się z sympatią i ruszył przed siebie. Jakub przepuścił go sądząc, że znowu zmarnował dobrą okazję. Jednak chwilę później usłyszał głos jeźdźca przed sobą.

- To było jakieś trzydzieści lat temu. Aldo był członkiem zakonu magów wody. Był tak biegły w posługiwaniu się magią lodu, że potrafił zamrażać ludzkie serca - w przenośni i dosłownie. Miał wielki talent. Mógł zostać znaczącą postacią zakonu, może nawet Wielkim Mistrzem, ale był też niepokornym indywidualistą. Nigdy nie został wprowadzony w wyższy wymiar z jednej, prostej przyczyny. Jego przełożeni bali się, że zdobędzie moc większą niż oni. Uknuli więc spisek. Tak, chcieli go zabić. On jednak zdołał zbiec, mordując przy tym kilku ze swych byłych braci. Aldo zniknął na pewien czas. Po dwunastu latach wrócił z zastępami jaszczurów. Przeprowadził zamach stanu w północnym Hesprze i mianował się Lordem.

- Tak, znam tę historię - przerwał Jakub. - Aldo wypowiedział wojnę prowincjom południa. Na przeciw jego armii stanęły zjednoczone siły Fionnii, Armandii i południowego Hespru wspomagane przez liczne zakony magów pod przywództwem maga Sana. Aldo został pokonany i stracił władze w prowincji, a także posiadaną moc, stając się zwykłym śmiertelnikiem. Wtedy to nastąpiło zjednoczenie królestwa pod rządami Gregora I, ojca naszego obecnego władcy.

- Doprawdy? Tak powiadają nasi władcy. Prawda jest nieco inna. Lord Aldo istotnie został pokonany, ale nie utracił swych mocy. Wręcz przeciwnie, walka go wzmocniła. Pod koniec wojny wymienił z Sanem kilka uwag. Twierdził, że tymczasowo władze oddaje bez walki, bo został wybrany do rzeczy ważniejszych.

- Wybrany? Ale do czego?

- No właśnie tego nie wie nikt. Istnieją tylko pewne przypuszczenia. Mianowicie w środowisku magów niemal za pewnik uważa się, że Aldo miał kontakty z pewnym potężnym demonem nazywającym się „Wybrańcem”, albo jak tłumaczą inni „Jedynym”. Prawdziwego imienia demona ponoć żaden śmiertelnik nie jest w stanie wymówić.

- I jaki ów demon ma związek z Aldo?

- Przypuszczamy, że demon obdarzył Lorda dodatkowymi mocami by ten, mógł go w przyszłości wskrzesić.

- Mógł by to zrobić?

- Moc ma wystarczającą, a potrzebne artefakty też mógłby bez większych przeszkód zdobyć.

- I to cię tak przeraża? - zapytał Paladyn z poważną miną. - Że Aldo mógł już wskrzesić demona.

- Gdyby tak było, drogi przyjacielu, świat który znasz odszedł by w niepamięć.

- Więc musimy powstrzymać nowo powstałe armie Aldo, nim te dotrą do artefaktów.

- Nie Jakubie. Armie, którymi Lord rzekomo zaatakował północny Hespr mają tylko naszą uwagę odwrócić. Aldo nie przebywa Hesprze. Miał dużo czasu na przygotowania. Zapewne z niewielką grupą swych poddanych przeczesuje południowe doliny. I tam zapewne będzie nam dane się udać.

- Król o tym wie?

- Naturalnie. Dlatego właśnie nam zlecił tę misję.

Szary Wilk przystanął. Patrzył się chwilę w wyłaniający sie przed nim obraz. Patrzył jednak w taki sposób, jakby myślami był zupełnie gdzieś indziej. Możliwe, że analizował wszystko to, czego przed chwilą się dowiedział.

- Dlaczego zatem tracimy czas i zamiast na południe do Cytadeli się udajemy.

- Aldo potrzebuje czasu na znalezienie wszystkich artefaktów. A my sami sobie rady nie damy. Potrzebne nam będzie wsparcie. A takowego może nam tylko San udzielić.

Jakub popędził konia, ruszając w ślad za magiem ognia.

- Mam jeszcze jedno pytanie - rzekł Paladyn poprawiając ułożenie swego rynsztunku. - Zauważyłem, że jakiś czas temu zboczyliśmy nieco z drogi. Planujesz jakieś dodatkowe atrakcje?

- Tak. Zamierzam odwiedzić starego przyjaciela...

 


Nie było nic wspanialszego od ciepłego posiłku przy kominku. Wiedział o tym każdy podróżny, ale nie było to jeszcze oczywiste, dla ośmioletniego chłopca, który jak dotąd całe życie spędził pod opiekuńczymi skrzydłami swego ojca.

Ów chłopiec, siedząc na skórze białego niedźwiedzia, dzierżył w rękach niewielki sztylet, wykonany przez swego ojca i wpatrywał się z zainteresowanie w dwóch postawnych mężczyzn, zasiadających przy palenisku.

- Może mielibyście ochotę na więcej? - matka chłopca do owych nieznajomych się z tymi słowami zwróciła. Ojciec siedział obok przybyłych i najwyraźniej był wielce rad z ich przybycia. Ich rozmowa wyglądała na tak ciekawą, że chłopiec postanowił porzucić swoją zabawkę i przybliżyć się do rozmawiających. Usiadł obok ojca i chwilę potem czuł już jego silne ręce obejmujące go z miłością.

- To twoja pociecha? - zapytał wysoki pan w ciemnoczerwonym stroju.

- Tak - odrzekł ojciec. - Zwie się Nataniel.

- Jeśli wolą twoją jest zapewnić mu świetlaną przyszłość na dworze króla, mogę twego syna jego Wysokości przedstawić w waszym imieniu.

- Zbędne to, atoli dziękuje za propozycje. Chłopak ma jeszcze czas. Będę go uczył sztuki kowalstwa, jeśli jednakoż decyzje własne podejmie, o porzuceniu ojcowego rzemiosła, przeszkód mu czynić nie będę.

- Mądrym ojcem jesteście Christianie.

- Darujmy już sobie tych uprzejmości i do tematu wróćmy - pouczył Christian. - Rzeczesz przyjacielu, że Lord Aldo powrócił i że potrzebujesz najlepszego oręża?

- Tak, zapłacę każdą cenę - rzekł mag.

- A na cóż magowi oręż - zapytał retorycznie kowal, wiedząc przeto, że ma do czynienia z magiem niezwykłym w swej uniwersalności, biegłym zarówno w magii jaki i władaniu bronią białą, po czym dodał: - Pieniędzy od Ciebie brać nie będę. Atoli pamiętaj, że nadal twym dłużnikiem jestem. Dla twego przyjaciela tez odpowiednią broń znajdziemy.

- Dla mnie zbytek łask panie - rzekł Jakub, nieco rozbawiony.

- Dzierżę najlepszą broń zakonu Paladynów. Lepszej broni mi nie trza, bo i takowa nie istnieje.

Christian spoważniał. Chwilę się zastanowił, po czym rzekł powoli:

- Widziałem jak na polu walki miecze Paladynów łamane były przez bronie znacznie potężniejsze, i to nie tylko magiczne, ale także magii pozbawione, wykonane za to z diabelską precyzją. Moja broń jest lepsza od tej, jaką zakon twój używa.

- Skąd ta pewność przyjacielu? - zapytał z zaciekawieniem Jakub.

- Bo sam przez wiele lat do waszego zakonu należałem.

 

 

Te słowa przekonały Szarego Wilka i kilkadziesiąt minut później obaj w doskonały oręż zostali wyposażeni. Piotr otrzymał „Płonący Kieł” - ostrze wytapiane z najszlachetniejszych metali i pobłogosławione przez uczniów samego Saviuma, z kolei Paladyn otrzymał „Czarną Łzę”, potężny miecz przy wykuwaniu którego pomagały Chrstianowi same Elfy.


 

- Na pewno nie zostaniecie na deser? - zapytała w swój uroczy sposób Anabel, żona kowala.

- Nie, musimy ruszać - odrzekł Piotr. - Chcemy przed północą dotrzeć do Cytadeli.

- No to w istocie musicie przyśpieszyć kroku, bo to jeszcze kawał drogi, a tak krótki czas - rzekła Anabel i odwracając się, ruszyła w stronę sąsiedniego pomieszczenia. Ku zaskoczeniu Jakuba, z pod przepięknych, złocistych włosów przez ułamek sekundy przebiły się uszy elfki.

- Nie wiedziałem, że żona Christiana jest elfem - powiedział przyciszonym głosem Paladyn do swojego towarzysza, tak by stojący nieopodal kowal tego nie usłyszał.

- To dość długa i zakręcona historia. Sam jej zbyt dokładnie nie znam, wiem jednak na pewno, że są ze sobą szczęśliwi i to mi wystarcza.

- Ale ich syn nie ma nic z Elfa - Jakub drążył temat.

- Może jego Elfia krew da o sobie znać później, a może będzie zwykłym, ludzki chłopcem. Czas pokaże.

Po tych słowach Piotr wstał ze swego siedziska. Jakub mu zawtórował.

- Dziękujemy za gościnę, poczęstunek i ekwipunek. Nie zapomnę przed królem o udzielonej nam tu pomocy napomnieć.

- Nie bądź taki oficjalny - rzekł Piotr, po czym rzekł nieco głośniej, tym razem w stronę gospodarzy: - Dziękujemy...

 


- Lord wie, co dla mnie najlepsze. Tak. Akurat. Po co mi tu ten głupi półork, który poleceń nie wykonuje. Z tym całym Veronem, jakoś dam sobie radę, alę będę musiał uważać na Hatat'ra - mówiąc to Flint pogładził czerwony klejnot, który trzymał w lewej ręce.

- Niewygodnie tu jak diabli - rzekł Hatat'r. - Wyboisty ten trakt.

- Skończ narzekać, tłusty orku! Nie możemy podróżować pieszo, bo musimy dotrzeć szybko i niezauważeni.

- Tak, ale te szmaty, którymi jesteśmy przykryci, to chyba przesada? - marudził dalej półork.

- Przestańcie, bo słychać was na sto kroków - rzekł Veron, jedyny „normalnie” wyglądający członek tej nietypowej grupy. Ze względu na ów wygląd, to właśnie jemu przypadł w udziale zaszczy prowadzenia zaprzęgu. Wóz należał niegdyś do pewnego starego farmera, którego żona dwa dni później znalazła martwego na jednym z pobliskich pól.

- Jak długo zajmie nam droga? - zapytał Hatat'r w specyficzny dla swojego gatunku sposób.

- Tym wozem to kilka, góra kilkanaście dni - odrzekł Veron.

- No więc długa droga przed nami - odparł półork.

- Owszem, dlatego lepiej nie ryzykujmy wykrycia - zaproponował Veron.

Słysząc to Flint ułożył się wygodniej na wozie, zakrywając całe cielsko szarymi szmatami. Podobnie zrobił Hatat'r.

 


Noc w pełni już była, gdy podróżnicy dotarli do pierwszej strażnicy, oddalonej o jakieś tysiąc kroków od głównej bramy miasta. Budynek był dość masywny, w przeciwieństwie do rozchodzących sie na boki murów, które raczej nie powstrzymały by poważnej ofensywy. Na straży stało dwóch strażników (z czego jeden bez wątpienia był krasnoludem) oraz ku zaskoczeniu Paladyna, twór czystej magi, najprawdziwszy golem. Pierwszy ze strażników, prawdopodobnie człowiek, choć pewności nie było, zwrócił się do przybyłych:

- Cel przybycia?

- Jesteśmy wysłannikami Króla Gregora II. Mamy się spotkać z magiem Sanem - odparł lekko niezniecierpliwiony Paladyn. Nie było to dziwne bynajmniej, bo obaj zmęczeni byli długa podróżą, a nie było podstaw, by szczegółowo wypytywano ich o cel podróży. Atoli obaj nosili na ramienicach oficjalne emblematy sugerujące, że na służbie u samego króla się znajdują.

- Spokojnie, mości Paladynie - uspokajał strażnik. - Takowe mamy przepisy.

- Rozumiemy i nie będziemy sprawiać kłopotów - rzekł na to Piotr.

 

 

Po krótkiej odprawie, jeźdźcy ruszyli w stronę głównej bramy.

- Nigdy nie widziałeś golema?

- Słucham? - rzekł zaskoczony tym pytaniem Szary Wilk.

- Wnioskuje z twojej miny, żeś nigdy golema na oczy nie widział.

- Tak, nie widziałem - odparł zgodnie z prawdą Jakub. - Ale tak to jest, kiedy cały czas służbistą na zamku króla jesteś. Nie ma czasu na zwiedzanie świata.

Piotr tylko się uśmiechnął, po czy popędził konia w stronę bramy Cytadeli.

 


Hatat'r uśmiechnął się szyderczo. Nie lubił Flinta. Zawsze uważał go za swego wroga. Mimo wszystko wiedział, że ten cholerny dziwak jest równie sprytny co on, zwłaszcza po tym, jak pobierał nauki u Lord Aldo. Ale teraz. Jest bezbronny. Wystarczy jedno pchnięcie noża, a ten plugawy skurczybyk przestanie go denerwować. I wtedy ktoś inny, może nawet on sam, stanie się pupilkiem Lorda. Tak, jeśli wykona zadanie zamiast Flinta, stanie się ulubieńcem Lorda Aldo. Nie wiele myśląc Hatat'r chwycił za szpadę. Szpadę? Nie pamiętał by brał ją ze sobą. W sumie to nie pamiętał, by kiedykolwiek używał takowej broni. Ech tam, najwyraźniej to broń Verona. Ale czemu przypięta jest do jego pasa? Nieważne. Zaraz, gdzie ten wóz. Półork chyba powinien był na nim spać? Hatat'r wypatrzył w końcu swoją ofiarę. Leżała na trawie pod jakimś spróchniałym drzewem. Półork uznał, że najwyraźniej zrobili postój. Świetnie się zatem składa, załatwię go po cichu - pomyślał syn orka i ludzkiej kobiety biorąc zamach. Uderzył. Trafił prosto w serce. Ale to mu nie wystarczyło. Powtórzył cios, a potem znowu i znowu. Zadawał ciosy jak opętany, gdy nagle jakiś dziwny skurcz przerwał jego rzeź. Chwycił się za bolące miejsce. Ból był przeszywający. Ponowny skurcz. Bolało jak diabli. Po trzecim razie, półork złapał się za brzuch. Ale skąd, jak... Hatat'r otworzył oczy. Spojrzał na swą dłoń. Krew. Chwilę potem ujrzał nad sobą Flinta ze sztyletem w ręce. Napastnik rytmicznie wbijał go w brzuch zaskoczonej ofiary. Orki są wyjątkowo wytrzymałe, choć to nie tłumaczyło faktu, że Hatat'r zdołał się przebudzić dopiero po czwartym zadanym ciosie. A był to dopiero początek.

Półork był zbyt otępiały, by wiedzieć co się naprawdę stało. Gdy Veron udał się po informacje do okolicznych gospodarzy (z nadzieją, że znajdzie lepszy wóz), Flint wykorzystując fakt, że Hatat'r zapadł w głęboki sen, wyciągnął swój sławny już sztylet i począł rytmicznie wtapiać go w żołądek swej znienawidzonej ofiary. I ku uciesz Flinta, ten bydlak jeszcze się przebudził. O niczym wspanialszym Flint nie mógł zamarzyć.

Hatat'r próbował niezdarnie bronić się rękoma, ale każde kolejne pchnięcie coraz bardziej pozbawiało go sił. W końcu, po dwunastym lub trzynastym pchnięciu, półork poddał się. Flint z uśmiechem na twarzy wyrzucił z wozu ciało jeszcze żywej ofiary.

- Zdychaj, frajerze - rzekł Flint przecierając swój sztylet. - Do zobaczenia w piekle...

 


- Co tu się do diabła stało? - zapytał Veron, widząc po krótkiej nieobecności leżącego w kałuży czarnej krwi półorka.

- Ten drań rzucił się na mnie - skłamał perfidnie Flint. - Musiałem sie bronić. Sam rozumiesz.

Veron najwyraźniej nie uwierzył w zapewnienia stwora. Nie wydawał się jednak zbyt przejęty całym zdarzeniem (poza pierwszym zdziwieniem). Wiedząc, że nie może liczyć na wątłe ciało Flinta, odciągnął ciało Hatat'ra z traktu i ukrył je w pobliskich zaroślach, po czym bez słowa zasiadł w wozie i popędził konie. Flint ułożył się wygodnie z tyłu wozu. Spojrzał na swój piękny sztylet, który skradł dawno temu jakiemuś handlarzowi ze wschodu. Pocałował ostrze, po czy wsadził je z powrotem do kieszeni.

 


Jakub i Piotr wędrowali długim korytarzem w stronę gabinetu tutejszego władcy - Sana. San zawsze wzbudzał wielkie kontrowersje, lecz czego by o nim nie powiedzieć, w przypadku jakiegokolwiek konfliktu, zawsze stawał po właściwiej stronie.

- Nie mogę się doczekać - rzekł podekscytowany Paladyn. - Tyle legend słyszałem o tym magu, ale nigdy nie miałem przyjemności go spotkać osobiście.

- Możesz poczuć się lekko rozczarowany - odpowiedział z uśmiechem mag ognia.

Wrota do sali stanęły przed nimi otworem. I tak jak przewidział Piotr, Szary Wilk poczuł małe rozczarowanie. Zamiast postaci, o której powstało setki legend i mitów, zobaczył starszego mężczyznę, niczym nie wyróżniającego się z otoczenia. I gdyby nie to coś, co silnie emanowało z owej osobistości, Paladyn poczuł by się może nawet oszukany. Ale w istocie San był postacią niezwykłą i gdyby nie pewne jego słabości, nie miał by sobie potęgą równych na tym świecie.

- Witajcie przybysze z południa - rzekł swym wyjątkowo niskim głosem gospodarz.

- Witaj Ojcze Cytadeli - odrzekł Piotr. - Przybyliśmy z rozkazu króla prosić cie o radę i pomoc. Lord Aldo powrócił i zapewne próbuje pomóc „Wybranemu” przeniknąć do naszego świata.

- Wiem o wszystkim Piotrze. Pomocy wam udzielę, ale wpierw moja służba do porządku was doprowadzi.

 


Chwilę potem, Piotr i jego towarzysz podróży, Jakub zwany Szarym Wilkiem spoczęli w przygotowanych dla nich komnatach...


 

  R-Chee        

 

komentarze (0) | dodaj komentarz

Kroniki Gildii Magów. Rozdział I

sobota, 16 lutego 2008 3:09

 

Witajcie moi drodzy. Zanim przejdziemy do właściwego opowiadania chciałem zakomunikować coś ważnego. Otóż od kilku dni jestem odpowiedzialny za współtworzenie drugiego blogu. Blog, którego autorem jest Hubert "HaeS" Staniszewski znajdziecie pod tym linkiem: LINK. Jest to swoisty eksperyment, więc nie mogę stwierdzić jak długo potrwa współpraca, jakkolwiek zależy mi na popularności ów bloga niemal tak bardzo jak Hubertowi, a i on wydaje się na razie zadowolony ze współpracy. Przyszłość pokaże, czy pomysł był trafiony.

 


A teraz wracając do opowiadania. Przy ostatnim wpisie obiecałem wam powrót do pewnej historii, z której fragmentem mieliście już okazję się zapoznać. Ów opowiadanie to pierwszy rozdział kolejnej serii. Opowiadanie osadzone w tym uniwersum, które już wcześniej zadebiutowało na blogu uznałem za numer zerowy. Mam nadzieję, że ci co czekają na kolejne części Wyspy nie będą żywili urazy. Po prostu każdy potrzebuje trochę urozmaicenia, a jakoś naszła mnie ochota na fantasy. Wyspa będzie skończona na 100%. Oczywiście terminu nie podam, bo takowego określić nie jestem w stanie (nawet w przybliżeniu). Więc koniec gadki szmatki. Czas na lekturę. Art autorstwa devrimkunter. Thank you Devrim.

 


Pzdr

R-Chee



**************************************************************************************************


Mag Piotr


 

ROZDZIAŁ I

GROŹBA Z PÓŁNOCY



Słońce już dawno schowało się z horyzontem. Wskazówki wiszącego na ścianie starego zegara wskazywały, że lada chwila wybije dwunasta w nocy. Wszyscy siedzieli w skupieniu, wpatrując się w siedzącego na krańcu stołu mężczyznę. Z zaciekawieniem słuchali jego słów. Niewielu spośród zgromadzonych gości mogło mu dorównać godnościami i sławą i nie bynajmniej ze względu na urząd jaki piastował, lecz odważne czyny z przeszłości. Ów człowiekiem był Gregor II - król zjednoczonych krain Armandii, Fionni i południowego Hespru.

Przez lekko uchylone okno wdzierał się do sali nieprzyjemny chłód i poniektórzy zebrani zaczęli odczuwać pewien dyskomfort. Do tej grupy należał także Piotr – potężny mag ognia, którego wola miała zostać wkrótce wystawiona na najcięższą z dotychczasowych prób.

- Witajcie moi drodzy – rzekł z wolna gospodarz. - Niezmiernie się cieszę, że tak licznie odpowiedzieliście na me wezwanie. Jak zapewne podejrzewacie nie wezwałem was tu bez powodu. Nad naszym królestwem zebrały się czarne chmury. Cień o złej naturze pojawił się na północy. Szczegółów nie znamy, atoli nikt z tu zebranych nie powinien tegoż problemu lekceważyć.

- Każdy z nas oczywiście ubolewa nad zaistniałą sytuacją - odezwał się jeden z uczestników zebrania - ale czy to nie problem naszych sąsiadów z północy?

Inni mu zawtórowali i na sali zrobiło się gwarno jak na targowisku, nie pierwszy raz już zresztą tego dnia. Tylko Piotr i siedzący obok króla Jakub zwany Szarym Wilkiem (wielce poważany za swe rzemiosło wojenne nadworny Paladyn) zachowali milczenie, jakby duchem nieobecni byli wśród swych rozbudzonych towarzyszy. Jedno ich wzajemne spojrzenie wystarczyło, by nawiązała się między nimi nic porozumienia. Po chwili jednak odwrócili głowy, oddając się własnym myślom, nie ważąc już na drugiego.

Wiele czasu upłynęło, nim król zdołał swych podwładnych doprowadzić do porządku. A człowiekiem był z natury łagodnym, toteż wszyscy wielce się zdziwili, gdy ten głos podniósł.

- Cisza! - wykrzyknął król, a dźwięk jego głosu odbijał się jeszcze długo po sali. Rozochoceni goście, niemal natychmiast grzecznie zasiedli w swych miejscach. Jeno namiestnik południowego Hespru nie przysiadł, jakby czuł, że musi głos zabrać i podzielić się swymi myślami z zebranymi. Nie chcąc jednak wobec króla nielojalnością się wykazywać, spojrzał na swego władcę i czekał na jakikolwiek znak przyzwolenia na zabranie głosu. Król po chwili kiwnął głową.

- Mości panowie – odezwał się po chwili namiestnik. - Znacie mnie już lata całe i wiecie, żem zarządca uczciwy i sprawiedliwy. Wiecie także, że na moją pomoc liczyć zawsze mogliście, tak jak wtedy, gdy nasz kraj podstępny pułkownik Shiro grabił, albo jak przez maga Shelatara nasze królestwo nieomal w chaosie się pogrążyło. Nigdy swych, znaczy się królewskich dóbr na wspólne inwestycje nie szczędziłem, a i nie rzadko swych poddanych na wojnę posyłałem, aby wam pomoc nieść.

- Racje rzeczesz namiestniku – rzekł któryś z zebranych gości.

- Atoli jak sami widzicie kawałek naszego królestwa, nad którego bezpieczeństwem mi honor przypadł czuwać, został najechany przez wrogów naszych. I w tych mrocznych czasach prosić was przybyłem byście mi swą pomoc ofiarowali.

Nim ktokolwiek z zebranych głos zdążył zabrać, sam władca przemówił.

- Wysłuchaliście wywodów brata naszego w potrzebie z powaga należytą, ale czyście gotowi na wojnę?

Na sali zapanowała cisza. Nikt z zebranych nie chciał w imieniu pozostałych głosu zabierać. Chwila zdawała się nie mieć końca.

- I jakie jest postanowienie wasze? - powtórzył król Gregor.

- Ja i moje wojska gotowi do walki jesteśmy - przemówił w końcu namiestnik Fionni. - Wiele razy żołnierze z Hespru pomocą mi służyli. Czas bym swoje długi spłacił.

- Na wojnę! - wykrzyknął siedzący obok szlachcic. A po nim kolejni tymi słowami się odnosili.

- Na wojnę! Na wojnę! - krzyczeli już niemal wszyscy goście. Tylko co niektórzy, może bardzie roztropni, a może bardziej w inteligencję przez Najwyższego uposażeni, spokój zachowywali.

- Zatem postanowione - rzekł król. - Ale pamiętajcie, że z takim wrogie nie mieliśmy jeszcze sposobności walczyć. Zanim wszystkie swe armie na niego wyślemy, musimy być pewni zwycięstwa, by żadna niespodzianka nie przyczyniła się do porażki naszej.

Wszyscy zebrani przytakiwali zgodnie, choć pewnie wielu z nich już w myślach swoje własne plany działania układało, kalkulując ewentualne zyski z wyprawy.

Potem atmosfera się nieco rozluźniła. Niektórzy do swych komnat powędrowali, innym jednak nie w głowie był odpoczynek, lecz zabawa aż do brzasku.

Piotr spoglądał na dno swego kielicha. Nie było tam już wina, ale bynajmniej nie wina tam szukał. Wyglądało to raczej tak, jakby na dnie tegoż naczynia starał się znaleźć odpowiedzi na dręczące go pytania.

- Nie przeszkadzam - zapytał ktoś nagle. Piotr powrócił w jednej chwili do rzeczywistości.

- Nie, ależ skąd - odparł mag, głowę odwracając w stronę pytającego mężczyzny.

- To dobrze, bo wszyscy wydają się być tacy zajęci. Jestem Jakub zwany Szarym Wilkiem, nadworny Paladyn.

- Piotr, mag zakonu Świętego Płomienia.

- Mag ognia? - zapytał retorycznie Jakub. - No proszę... Zauważyłem, że niezbyt entuzjastycznie przyjąłeś wiadomość o wojnie.

- To nie do końca tak. Mam ważniejsze sprawy na głowie - odparł Piotr z nieskrywaną niechęcią, ale bynajmniej nie do swego rozmówcy, lecz całego tego zebrania.

- Ważniejsze sprawy niż wojna? To doprawdy ciekawe rzeczesz słowa. Nie będę natarczywy i pytać cię o owe sprawy nie będę, ale czy to tragedia klasztoru cię martwi?

Paladyn nie trafił z przypuszczeniami, jednak jego myślenie było jak najbardziej logiczne. Każdy przecież słyszał o spaleniu największego w królestwie klasztoru Świętego Ognia w Armandii przed sześcioma tygodniami. Niewielu jest takich, którzy by nadal wierzyli w oficjalne wyjaśnienia, że klasztor w skutek nieszczęśliwego wypadku został zniszczony. Naiwny jest człowiek, który sądzi, że tylu magów ognia nie potrafiłoby nad swym świętym żywiołem zapanować. A fakt, że ci co tragedię przetrwali, na dwa rywalizujące obozy się podzielili przekonywał, że tam raczej do regularnej bitwy doszło, a nie przypadkowego pożaru. Jednak Piotr wolał swemu Bogu służyć poza murami klasztoru, z dala od chciwości swych przełożonych. To też niezbyt poruszyła go owa tragedia. Jego „sprawy” miały zupełnie inny charakter.

- Więc o to chodzi? - zapytał ponownie Jakub oczekując, że uzyska potwierdzenie.

- „Kto wierzy w siłę Ognia i szacunek wobec niego żywi, ten żyć wiecznie będzie, jako Bóg zaprzysiągł, ale kto jego moc w złych intencjach wykorzystuje, by w dobra doczesne się bogacić kosztem braci słabszych siłą i rozumem, tego Święty Ogień pochłonie i na wieki uwięzi, by ów świętokradca straszliwe męki przeżywał.” Rozdział siódmy, wers trzynasty trzeciej księgi Saviuma.

- „A idźcie pomoc nieść i swymi dobrami dzielcie się z innymi, służąc im słowem jak i czynem, ale nie bójcie się i od nich pomocy przyjmować, bo wiele was mogą nauczyć, a i pocieszenie przynieść wam mogą w chwilach zwątpienie.” Rozdział jedenasty, wers trzydziesty czwarty trzeciej księgi Saviuma.

Zaskoczony Piotr po raz pierwszy z należytą uwagą na swego rozmówcę spojrzał. Tamten jeno się uśmiechnął i juz miał odchodzić, gdy nagle na swym ramieniu poczuł czyjąś dłoń.

- Zaczekaj przyjacielu. Studiowałeś święte księgi zakonu?

- Naturalnie. Pamiętaj, że jestem Paladynem jego Królewskiej Wysokości.

Piotr rad był, że w końcu i dla siebie znalazł rozmówcę godnego uwagi. Po ciekawej konwersacji połączonej z wymianą poglądów na temat zaistniałej w królestwie sytuacji, obaj mężczyźni udali się do swych komnat na spoczynek.

 


Północny Hespr od dawna był uznawany za miejsce niebezpieczne, a nawet przeklęte. Niejednokrotnie w krainie tej do tragicznych zdarzeń dochodziło. Wielu uznawało je za siedlisko złych mocy. I owe moce znowu o swej obecności pragnęły przypomnieć.

- Panie - odezwał się pokraczny stwór. - Panie, wieści przyniosłem.

- Mów zatem Flint - odezwał się swym demonicznym głosem Lord Aldo.

- Dotarliśmy do krypty panie - rzekłszy to, Flint z zadowoleniem oblizał wargi swym długim jęzorem. Wyglądał dość potwornie, ale jednocześnie jakoś tak ironicznie. Była to tak dziwna kombinacja, że nikt powagi przy nim zachować nie potrafił - albo krzywił się z obrzydzenia, albo śmiech z trudem powstrzymywał. Jedynie Lord potrafił na owego nieszczęśnika z powagą patrzyć. A tak, tak - nieszczęśnika. Szczęścia nigdy nie było mu dane zasmakować. A to za sprawą klątwy jaką na jego rodziców pewien mściwy mag rzucił. Matka Flinta zmarła przy porodzie, ojciec z kolei nie potrafił znieść myśli, że żona jego na świat wydała takiego potwora, toteż pozostawił go na pewną śmierć, samemu na zawsze z Hespru uciekając. Wychowany przez ulicę, szybko pojął, że swój niecodzienny wygląd może wykorzystać do niecnych celów. Wielu podróżników ofiarą jego aktów agresji padało. Ci co więcej szczęścia mieli, z życiem uchodzili, nie wszystkim jednak owe szczęście towarzyszyło. Pewnego dnia jednak, będą już sprawnym przestępcą, przybysza z południ dla zysku chciał zabić. Nie wiedział, że to mag potężny który z siłami ciemności miał konszachty. To też, w akcie desperacji, gdy życie Flinta wisiało na włosku, poprzysiągł on magowi wieczną lojalność. Tak to się zaczęła trwająca po dziś dzień służba u Lorda Aldo.

- Znaleźliście to? - zapytał jak zwykle poważny Aldo.

- Wciąż szukamy panie - odparł tamten, już nie tak radośnie.

- To co tu zatem jeszcze robisz? - zapytał mag z lodowym spojrzeniem.

Flint nie czekał długo. Obrócił się na pięcie i rzucił się pędem w miejsce z którego przed chwilą przybył.

- Już wkrótce - rzekł bezosobowo Lord Aldo, jakby rozmawiał z jakąś niewidzialną siłą. Oczy przy tym iskrzyły mu się niesamowicie, jakby tysiące małych świetlików znalazło tam sobie swój dom. - Cierpliwości...

 


- Na zamku nadeszła pora śniadania. Jakub, który nie przepadał za wstawaniem o świcie (brak samodyscypliny był często powodem waśni z przełożonymi Paladyna) nadal w swym łożu się wylegiwał. Nie dano mu jednak było opuścić posiłek. Goniec króla zapukał śmiało w drzwi jego komnaty, oznajmiając, że po śniadaniu król czeka na niego w swym gabinecie.

Królowi się nie odmawia. Na tyle Jakub swe obowiązki znał. Niechętnie, acz niemal natychmiast Paladyn swe posłanie opuścił i udał się na śniadanie.

- Witaj Jakubie - przywitał go w progu mag ognia. - Wiesz, że król zaprasza nas obu na swą prywatną audiencję tuż po śniadaniu?

- Nas obu - zdziwił się Jakub, bo spodziewał się, że król jeno z nim pragnie parę słów zamienić. No ale w sumie nic przeciw towarzystwu Piotra nie miał, więc przytaknął tylko w odpowiedzi.

 

W czasie, gdy goście śniadaniem zajęci byli, w gabinecie króla miejsce miała spontaniczna rozmowa.

- Tak królu. Na nich liczyć nie możemy.

- A co z naszymi sąsiadami ze wschodu? Ich król hołd nam składał?

- Ich wodzowie tegoż hołdu nie uznali. Można jednak swój wzrok bardziej na południe skierować. Książę Deelon i jego jeźdźcy mogą się okazać potężnymi sprzymierzeńcami. W końcu dług wobec nas mają do spłacenia.

Król się zadumał na chwilę. Estild wiedział co to oznacza. Król ma jakiś kontrowersyjny pomysł i waha się z jego przedstawieniem. Chwila zdawała się przeciągać w nieskończoność. W końcu nadworny Pierwszy Paladyn stracił cierpliwość.

- Co cię trapi królu?

- Jeśli rzeczywiście mamy do czynienia z Lordem Aldo, to nie armie nasze przeciw niemu wysyłać powinniśmy, lecz kogoś kto potędze jego dorównać by potrafił.

- Myślisz o magu ognia.

- Tak Estildzie, ale jestem pewien, że on sam takiej potędze rady nie da. Pomóc mu trzeba.

- Skąd takie zaufanie do jego osoby panie? - zapytał jakby nieco urażony Paladyn. Duma namiestnika Fionni, którym ongiś był, nie pozwalała mu pogodzić się z myślą, że jeden mag jest przez króla bardziej ceniony, niż on i zastęp jego najlepszych Paladynów.

- Piotr czeka na swe przeznaczenie. A wiemy obaj, że moc ma potężną. I choć w Ciebie wierzę równie mocno jak w niego, to innych możliwości na zwycięstwo nie możemy nie rozpatrzyć.

Paladyn przytaknął królowi, zgadzając się z jego słowami, atoli wierzył w to, że sam jest w stanie rozprawić się z zagrożeniem z północy.

Kolejny pomysł wpadł do głowy Paladynowi, ale nim zdołał się nim z królem podzielić, do drzwi ktoś pukać począł.

- Otwórzcie drzwi - rzekł król do swych wartowników.

Do sali weszły trzy osoby, w tym jedna będąca ordynansem na służbie u króla.

- Piotr z gildii magów ognia i Paladyn Jakub - powiedział człowiek w wytwornym stroju, ukłonił się królowi po czym skierował się w stronę wyjścia, zamykając za sobą drzwi.

Dwaj mężczyźni stanęli przed królem, jeden w oficjalnym stroju zakonu Paladynów, drugi ubrany w luźne, krwisto czerwone szaty.

- Witam panowie - rzekł król. - Jesteście w samą porę.

- Bądź pozdrowiony królu - odrzekli zgodnie przybyli, po czym się ze stojącym obok Paladynem przywitali.

Po wstępnych grzecznościach, zebrani przeszli do konkretów.

Siedząc przy stole, przybili mężczyźni dowiedzieli się o planach, jakie król zatwierdził w kwestii wyprawy na północny Hespr. Armie miał poprowadzić Estild, a towarzyszyć mu miały zastępy jego braci Paladynów w liczbie trzech setek. Oprócz tego w wyprawie wziąć udział miały wojska ochotników z całej krainy, jak liczył król, z tysiąc zbrojnych i pięć razy tyle wojsk lekkich. Wyszło na jaw także imię wroga, z którym według niepotwierdzonych informacji zmierzyć im się przyjdzie. Piotr, ku zaskoczeniu Jakuba bardzo żywo zareagował na to imię.

- Kiedy zatem ruszamy - zapytał Jakub w chwilę później.

- Armia wyrusza za dwa tygodnie, wy jutro o brzasku. Mam dla was specjalne zadanie.

- Dla nas dwóch? - zapytał zaskoczony Jakub.

- Tak - potwierdził Gregor. - Na początek udacie się do Cytadeli. Tam spotkacie się z magiem Sanem. Wysłałem już gońca z wiadomością o waszym przybyciu. Wszystkiego na miejscu się dowiecie.

 


Flint po raz kolejny oblizał swoje wargi. Stale nadzorował pracę nad wykopaliskami.

- Szybciej ofermy. Nie mam czasu do stracenia.

- Może sam wziął byś się do roboty, zamiast nas wciąż popędzać - rzekł jeden z pracujących. Flint zdumiony obrotem sprawy, wyciągnął z kieszeni nóż i zgrabnie podbiegł do wypowiadającego owe słowa półorka.

- Kop, jeśli ci życie miłe.

Wcześniej pewny siebie stwór, na widok wymachującego ostrzem równie dziwacznego stwora, odpuścił dalsze komentarze i wrócił do swej pracy. Na twarzy Flinta wymalował się pełen triumfu szyderczy uśmiech. Jak się jednak okazało to nie Flint ów kopacza wystraszył.

- Hatat'r ma racje - dobiegł nagle głos z za pleców Flinta. - Dlaczego nie pomagasz przy kopaniu?

Flint obrócił się powoli. W jego oczach złośliwość ustąpiła miejsce strachowi.

- Ppppaniiiiieeee. Ja właśnie miałem...

- Nie gadaj, tylko bierz się do roboty - powiedział Lord Aldo głosem pozbawionym jakichkolwiek emocji. Jedno, pełne lodu spojrzenie wystarczyło. Flint niewiele się zastanawiając, puścił się biegiem w stronę stojących nieopodal kilofów.

- Stój - krzyknął Aldo, gdy jego poddany był już w połowie drogi. Flinta oblał zimny pot.

- Tak panie?

- Mam dla Ciebie specjalne zadanie.

- Specjalne zadanie? - powtórzył stwór patrząc na swego pana z zaciekawieniem.

- Wraz z niewielką grupą udasz się do Armandii.

Flint zbladł. Mógł się spodziewać wszystkiego, ale nie tego, że jego pan każe mu się udać w rejony, w których aż roi się od służbistów króla Gregora. Już chyba wolał patrzeć w rozgniewane oczy swego pana.

- Ależ panie, co ja bym miał tam robić? - zapytał Flint z nadzieją, że pan się zlituje i wyśle kogoś innego.

- Wykonasz dla mnie jedno, banalnie proste zadanie. Udasz się do karczmy o nazwie „Pod Wielką Niedźwiedzicą”. Tam będzie na ciebie czekał wysłannik Shelatara.

- Shelatar? Myślałem, że on nie żyje.

- Żyje i dzięki mocy „Wybranego” ma się całkiem dobrze. Będzie czekał na ciebie w gospodzie w czasie najbliższej pełni.

- Trzeba się zatem śpieszyć. A kto mi towarzyszyć będzie panie?

- Hatat'r i Veron.

- Półork i Najemnik? Nie podoba mi się to panie.

- To nie ma ci się podobać, masz wykonać moje rozkazy... Oczywiście jeśli chcesz, możesz wyruszyć sam.

- Nie. Zrobię jak każesz panie. Ale...

- Co? - zapytał już wyraźnie zniecierpliwiony Lord.

- Dostanę Czerezę?


 

C.D.N.

R-Chee

 

 

komentarze (0) | dodaj komentarz

Wyspa. Rozdział IV

środa, 06 lutego 2008 20:35

ROZDZIAŁ IV
KOD DOSTĘPU

 

 

 

Słowa padły zza moich pleców. Natychmiast się obróciłem. Przede mną stał mężczyzna. Nie wyróżniał się niczym szczególnym. Średnia budowa ciała, nie odbiegający od żadnych norm wygląd. Brązowe włosy zaczesane do tyłu odsłaniały lekko pomarszczone czoło. Mógł mieć ze czterdzieści lat. Ubrany był w czarny garnitur, jednak nie potrafiłem rozpoznać kroju. Wyglądał dość zwyczajnie gdyby nie brać pod uwagę okoliczności w jakich było nam dane się poznać. Ów tajemnicza postać nijak nie pasowała do tegoż miejsca. Było w nim coś intrygującego. I bynajmniej nie chodziło tu o fakt, że na jego ubraniu nie pozostał nawet maleńki ślad wydarzeń, jakie rozegrały się tutaj przed kilkoma dniami (żadnych śladów krwi czy innego rodzaju zabrudzeń). Intrygowała mnie jego twarz. Na pierwszy rzut oka zupełnie normalna, ale po bliższym przyjrzeniu się można było odnieść wrażenie, że była ona (podobnie jak i reszta ciała) idealnie symetryczna, jakby jedna jej połowa była lustrzanym odbiciem drugiej.

- Kim ty u diabła jesteś? - wypaliłem po kilku sekundach przyglądania się przybyszowi.

- Proszę mi wybaczyć. Nie miałem zamiaru pana przestraszyć. Nazywam się Bob.

- Kpisz sobie ze mnie czy jak? - warknąłem, trzymając nóż w taki sposób, aby mój nowo poznany rozmówca zdał sobie sprawę z powagi sytuacji.

- Nie bardzo rozumiem - odparł nieznajomy. - Zapewniam, że nie mam złych intencji. Nie będzie pan musiał korzystać z tej broni.

- Niestety, przez ostatnie kilkanaście godzin zupełnie straciłem zaufanie do ludzi - odparłem najpoważniej jak potrafiłem.

- Nie dziwi mnie to. Zgaduje po pańskim wyglądzie, że ostatnie godziny nie były dla pana zbyt przyjemne. Może jednak ja mógłbym panu jakoś pomóc?

Nie wiem co bardziej mnie zdziwiło, pytanie czy sposób w jaki zostało ono zadane. Beznamiętnie i pozbawione emocji. Jakbym słyszał nagranie automatycznej sekretarki. Wyglądało to tak, jakby facet nie zdawał sobie sprawy z tego, co tu się niedawno wydarzyło. Albo wcale się tym nie przejmował. Węsząc jakiś podstęp wiedziałem, że muszę mieć się na baczności.

- Co tu się w ogóle stało? - zapytałem nie do końca wierząc w satysfakcjonującą mnie odpowiedź.

- Najprościej rzecz ujmując są to skutki działania nieprzychylnej nam konkuencji. Nie ukrywam, że nigdy nie byli zbyt... hmmm...subtelni.

Spokój w jego głosie przyprawiał mnie o ciarki na plecach. No i jak można było się spodziewać, odpowiedź w niczym mi nie pomogła.

- A jakim cudem tobie udało się przetrwać tę masakrę? - zapytałem nadal niedowierzając w to co słyszę.

- Przebywający tu ludzie stanowili jedyne zagrożenie dla działań napastników. W przeciwieństwie do pracującego tu personelu stawianie czynnego oporu nie leży w mojej naturze.

- A więc nie należysz... nie należałeś do personelu?

- Nie bezpośrednio. Nikt mnie przynajmniej tak nigdy nie określił, choć wielu korzystało z mojej pomocy przy swoich badaniach.

Chciałem poznać odpowiedzi na tak wiele pytań. Jednak gdy wydawało mi się, że już jestem bliski ich uzyskania, pojawiają się nowe, jeszcze trudniejsze. Szczerze mówiąc sam nie wiedziałem od czego zacząć. Rozmyślając z tak wielką intensywnością nawet nie zwróciłem uwagi na fakt, że mój wzrok mimowolnie spoczął na stojących obok naczyniach wypełnionych częściowo jasno niebieskim płynem.

- Co to jest za ciecz? - zapytałem, czując że moje ciało niezwłocznie domaga się czegoś do picia.

- To wzbogacona woda - odparł tamten.

- Wzbogacona. A czym jeśli można wiedzieć?

- Minerałami i witaminami. Sądząc po pańskich odruchach podejrzewam pierwsze stadium odwodnienia. Jeśli chce pan zapytać czy ów płyn nadaje się do spożycia, to zapewniam że tak.

Jaki miałem wybór? Zaryzykować i napić się tego płynu z ewentualną opcją szybkiej śmierci lub nie wypicie jej w nadziei, że zanim całkowicie się odwodnię, umierając powoli w męczarniach, znajdę tu gdzieś inne źródło wody. Przeklinam cię parszywy losie!

Podszedłem ostrożnie do jednego z naczyń. Wybrałem takie, które miało otwarte "wieko" i nie było w żaden sposób uszkodzone, żebym przypadkiem nie połknął w łapczywym uniesieniu drobinek rozbitego szkła. Ręce miałem brudne jak cholera. Wypicie z nich czegokolwiek, nawet najczystszej źródlanej wody groziło co najmniej mocną biegunką. Nie miałem ochoty na kolejne niemiłe niespodzianki. Zanim sięgnąłem po ciecz zmoczyłem swą lewą rękę w innym naczyniu. Brud zdrapałem nożem (sposób skuteczniejszy niż na początku podejrzewałem). Nabrałem wodę na czystą rękę i wessałem ją ustami. Na początku spokojnie, potem coraz bardziej łapczywi. W końcu skupiłem całą swoją uwagę na naczyniu, ciesząc się przyjemnie wypełniającą moje ciało wilgocią. I pomimo iż płyn miał dziwny posmak przyznać muszę, że nic mi w życiu bardziej nie smakowało. Pomyślałem, że przydała by się jakaś butelka do której mógłbym nabrać nieco wody na zapas, ale na razie musiałem się zadowolić tym co miałem. A było czym., bo w końcu zdołałem zaspokoić pragnienie.

Nagle przypomniałem sobie o Bobie. Od pewnego czasu stałem odwrócony do niego plecami. Pozwoliłem sobie na chwilę zapomnienia, która mogła kosztować mnie nawet życie. Na szczęście nic złego się nie stało.

- Co to jest za miej... - zatrzymałem się w pół słowa. Po stojącym do tej pory za mną nieznajomym nie było śladu. Moja prawa dłoń mocniej zacisnęła się na rękojeści noża. Rozglądałem się nerwowo po pomieszczeniu, ale nigdzie nie zauważyłem obecności Boba. Nie miał na tyle dużo czasu, by wyjść stąd niezauważonym. Wyglądało to tak, jakby rozpłynął się w powietrzu.

- Naprawdę chcesz wiedziec gdzie jesteś? - usłyszałem nagle zza pleców.

Poznaje ten głos. Mierzwiak. Popatrzyłem na leżącego na ziemi naukowca. Jego głowa oparta była teraz o ścianę, a on sam przedstawiał sobą obraz nędzy i rozpaczy. Jego skóra przybrała sino blady odcień. Wyglądał tak, jakby miał zaraz omdleć. Czyżby ugryzł go jakiś wampir?

- Mierzwiak - powiedziałem podchodząc do niego i kucając naprzeciw. Teraz patrzeliśmy sobie prosto w oczy.

- Jedenasty - uśmiechnął się szyderczo tamten. - Widzę, że nie tylko my mamy z tobą problemy, he he. Miło znowu cię widzieć.

 

Chorzy. W Iraku widziałem ich całe krocie. Ludzie z powodu paskudnych chorób, o których Europejczykom nawet się nie śniło, tam umierali masowo. A niestety dobrego lekarza ze świecą było szukać. Pamiętam przygotowania do wyjazdu na misję. Podróż mnie cieszyła, acz owe przygotowania już nie bardzo. Nigdy nie lubiłem zastrzyków. Możecie mi wierzyć na słowo. Niestety przed wyjazdem na misję czekała mnie seria obowiązkowych szczepień na różne lokalne choroby w Polsce raczej nie występujące. Nazw już nie pamiętam, ale sporo tego było. Oczywiście ja (bo jakby inaczej) nie potraktowałem tego z należytą powagą. Jakoś nigdy nie miałem problemów ze zdrowiem. Matka mówiła nawet, że to dar od samego Boga. "Jaki tam dar mamo." - mówiłem. "Po prostu dbam o siebie". "Ty wiesz swoje, a ja swoje synku. Jeszcze się przekonamy kto miał rację". Nie należałem do grona ludzi szczególnie religijnych. Wierzyłem w Boga, ale uważałem go raczej za takiego cichego obserwatora. Po co miałby obdarzać mnie jakimś tam specjalnym darem. Nie czułem się żadnym wybrańcem losu. Zwykły, przeciętny facet. Facet który nigdy nie chorował.

Pamiętam to jak dziś, mimo iż takie rzeczy zazwyczaj niezbyt długo zaprzątały moją głowę. Kolejny nudny patrol, który dość szybko zmienił się w kolejne niemiłe wspomnienie. Przejeżdżaliśmy przez pewną wioskę. Pierwszy raz tam zawędrowaliśmy. Można by było śmiało nazwać ją wioską widmo. Nie była duża. Raptem kilka domów. Niemal cała populacja zmarła w skutek jakiejś zarazy. Dorośli, dzieci i starcy. Pomarli niemal wszyscy. Garstka tych, którym dane było przeżyć przygotowywała ciała swoich bliskich na spotkanie z Allahem. Zaraza zarazą, ale muzułmanie palić zwłok nie mogą, więc przygotowali wielką wspólną mogiłę. Jak się dowiedzieliśmy od tłumacza, w jednej z rodzin nie przeżył nikt kto mógłby zająć się ciałami (choćby wyniesieniem zwłok z domu, a rodzina była liczna). Nasz dowódca postanowił się tym zająć. Zawsze miał miękkie serce, choć może akurat nie dla nas. Niektórzy z żołnierzy protestowali, ale widząc że reszta zaczęła wynosić z domu zwłoki dzieci, przyłączyli się do pomocy. Kilka dni później, wszyscy moi koledzy zapadli na tą samą chorobę. Wszyscy prócz mnie. Na szczęście obyło się bez poważnych konsekwencji i cała grupa wkrótce wróciła do zdrowia. Ale wtedy właśnie wróciłem myślami do słów mojej matki. A może rzeczywiście jest we mnie coś wyjątkowego. Jakiś specjalny dar...

Chłopaki w bazie nie mogli się nadziwić w jaki sposób ta niezbyt groźna choroba spowodowała takie spustoszenie w wiosce. Okazało się, że winni tragedii byli po części sami mieszkańcy, którzy w skutek swoich ortodoksyjnych przekonań nie zgodzili się na przyjęcie pomocy od okolicznych organizacji charytatywnych. Upór bywa śmiertelny, a zazwyczaj cierpią niewinni.

 

Patrzyłem na leżącego przede mną człowieka z niechęcią, ale i z politowaniem. Biedny, stary głupiec. Czy on sam sobie to zrobił?

- Wyglądasz na zaskoczonego? - zapytał powoli i ochryple doktor. - Mój widok cię martwi?

- Nie bardzo – odrzekłem bez emocji.

- Nie, no bo niby dlaczego. Pewnie nawet cieszy cię mój stan.

Nikomu się źle nie życzy, ale jego los był mi zupełnie obojętny. Interesowało mnie tylko to, co ma mi do powiedzenia. Może naprowadził by mnie na jakiś trop. Może podsunął by jakąś wskazówkę. W sumie, co miał do stracenia.

- Zapewne zachodzisz w głowę co mi dolega? He he he. Prawdę mówiąc cierpię na to co już dawno powinno zabić i ciebie. Ale nie zabiło i nadal nie wiem dlaczego.

- Doprawdy - rzekłem nadal okazując zobojętnienie. W istocie jednak ma ciekawość wzrastała z każdą sekundą.

- Ty jesteś odporny na to świństwo. Niewielu takich było. Jeszcze mniej przetrwało. Ci cholerni durnie gwałtem odebrali nadzieję milionom ludzi. Zniszczyli lata mojej ciężkiej pracy. Ale co najgorsze pozostawili mnie tu samego abym zdechł jak pies!

O czym ten stary drań bredził?

- Co to za miejsce - zapytałem, czując jak z nerwów podnosi mi się ciśnienie. Wciąż miałem w pamięci lufę jego pistoletu.

- A czy to nie oczywiste? Stare, ściśle tajne laboratorium badawcze. Jedno z wielu należących do korporacji Lance&Kepler. Wiem, że o nich nie słyszałeś, ale wierz mi, nie masz czego żałować. W końcu pracowali tu tylko tacy dranie jak ja - doktor uśmiechnął się po raz kolejny. Miałem wrażenie, że dzięki temu zachowuje resztki godności?

- Laboratorium badawcze?

- Tak. Głównie eksperymenty genetyczne. Badania na roślinach, zwierzętach a także i ludziach.

- Człekokret... - powiedziałem cicho sam do siebie.

- O, widzę że miałeś okazję poznać naszego pupila. Nie sądziłem, że udało mu się przeżyć. He he, jestem pod wrażeniem. Ale co się dziwić. W końcu jesteście...

- A więc to jedno z waszych "dzieł"?

- My tu nie tworzyliśmy dziwaków. Szkoda na to czasu i pieniędzy. "Człekokret" jak go nazwałeś był jednym z naszych nieudanych eksperymentów. Ale bardzo nam pomógł w dalszych badaniach. No i mieliśmy do niego swoisty sentyment. Byś się uśmiał jakbyś się dowiedział jak my go tu nazywaliśmy.

- Jakoś nie jestem ciekaw waszych zboczeń - wycedziłem przez zęby.

- Dla Ciebie jesteśmy potworami, ale przez wielu byliśmy postrzegani jako zbawcy.

- Już ci się we łbie poprzewracało od tej gorączki - stwierdziłem zaciskając zęby ze złości.

- Czyżby? - zapytał z ironią mój rozmówca. - Może i tak, ale ja przynajmniej jestem pewien swojej tożsamości. Zaskoczony co? Bo widzisz, jeśli tak, to muszę cię poinformować, że to dopiero początek niespodzianek.

- I co cię tak bawi? - zapytałem w chwili, gdy zauważyłem szyderczy uśmiech na twarzy mojego rozmówcy.

- Ty mój drogi Jedenasty. Tak jak podejrzewałem - zaśmiał się znowu łysy doktorek - ty nic nie wiesz. Jesteś zagubiony niczym Alicja w krainie czarów. Nie potrafisz stwierdzić gdzie jesteś ani nawet kim jesteś. Do niedawna wydawało ci się to oczywiste. Teraz masz wątpliwości. Wątpliwości, które z każdą minutą spędzoną w tym miejscu coraz bardziej drażnią twoją świadomość. Jak drzazga powoli acz konsekwentnie wbijająca się w twoje ciało. Powinieneś się cieszyć. Znowu masz czyste konto. Tabula Rasa jak to mawiali starożytni.

Milczałem. Przecież nie powiem mu, że pamiętam go ze snu. Niech sobie myśli co chce. Sam jednak straciłem cierpliwość i w końcu chwytając za kołnierz jego zakrwawionego fartucha rzekłem:

- Sądzę, że nie jesteś mi w stanie pomóc. Albo po prostu nie chcesz. I nie jestem żaden Jedenasty - rzekłem i wstałem z podłogi kierując się w stronę wyjścia. Wszystkie słowa Mierzwiaka spłynęły po mnie niczym wiosenny deszcz. Miał gorączkę i majaczył. Był skrajnie wyczerpany. Ale ten jego błysk w oku. Dzika satysfakcja, że mógł bez żadnych konsekwencji podzielić się ze mną swoją wiedzą, obserwując moje reakcje. Oj nie dam ci tej przyjemności. Ruszyłem w stronę drzwi.

- Jedenasty - zacharczał Mierzwiak. - Jedenasty.

- Rozmowa zakończona. Do zobaczenia w piekle.

- Jedenasty! - próbował resztkami sił. Jednak jego starania spełzły na niczym. Jedną nogą przekroczyłem już próg drzwi. - Plutonowy Wieluch!

Stanąłem.

- A jednak wiesz kim jestem? - zapytałem retorycznie. Po raz pierwszy od kilkunastu, jeśli nie kilkudziesięciu godzin, ktoś użył mojego prawdziwego nazwiska.

- Ja wiem o tobie wszystko. Wiem kim jesteś, a przynajmniej wiem kim myślisz że jesteś. Znam każdy szczegół twojego życia. Śmiało możesz mnie nazywać swoim Bogiem.

- Pieprzenie - stwierdziłem z przekąsem.

- Pieprzenie? Ha ha. Jakie jest twoje ostatnie wspomnienie? Szpital i pobieranie krwi? Zapewne tak. Nie wiem jak zdołałeś zachować w pamięci mój wizerunek, ale szczerze mówiąc mam to gdzieś. Podejrzewam, że masz jakieś przebłyski pamięci, ale sam do końca nie potrafisz ich zrozumieć.

- Co to za brednie?

- Mówiłem ci już. Wiem o tobie wszystko Jedenasty. Korporacja o to zadbała. Sporą część tej wiedzy zabiorę ze sobą do grobu, choć mogę ci nieco pomóc. Oczywiście tylko od Ciebie zależy czy z tej pomocy należycie skorzystasz.

- Niech będzie zatem - rzekłem po chwili wahania.

- No cóż. Możemy wałkować to po raz kolejny. I tak nie mam nic lepszego do roboty. Acz będzie to miało swoją cenę. Pogadamy o tym później.

- A więc...

- Zapytałeś się mnie co to za miejsce - zaczął Mierzwiak - Podejrzewam, że nie chodziło ci jedynie o laboratorium lecz o całą okolicę. W gruncie rzeczy jednak pytanie nie powinno brzmieć gdzie, tylko kiedy.

Nie odpowiedziałem. Patrzałem na niego w milczeniu, czekając aż znowu przemówi.

- Ty nadal sądzisz, że jesteś na misji w Iraku prawda? Otóż nie mój drogi. Znajdujemy się na wyspie. Jednej z wielu wysp oceanu Spokojnego. I wciąż sądzisz że mamy rok 2007, kiedy tak naprawdę jest już rok 2081.

- I ty serio myślisz, że w to uwierzę?

- Pomyśl - zasugerował Mierzwiak. - Czy to wszystko co ostatnio przeżyłeś można ułożyć w logiczną całość? Czy twoją ostatnią ucieczkę, bo widzę że jakoś zdołałeś uciec tym cholernym najemnikom, można w racjonalny sposób wytłumaczyć? Nie znalazłeś się tu bez powodu. Jesteś tu, ponieważ masz coś, czego za diabły nie możemy z Ciebie wydobyć. Odkrycie owej tajemnicy, której nawet ty sam pewnie nie jesteś świadom, może być dla ludzkości zbawienne. W pewnych kręgach zostałeś nawet okrzyknięty mesjaszem. Ale samemu nic byś nie zdziałał, zwłaszcza że teoretycznie od dawna nie powinno cię wśród nas być. I właśnie w tym miejscu, w całym tym syfie, znalazła się rola dla takich ludzi jak ja.

- Cokolwiek próbujesz mi powiedzieć nie ma to za grosz sensu - rzekłem zniecierpliwiony rewelacjami Mierzwiaka.

- Myślisz, że mówię ci to wszystko z sympatii? Nic z tych rzeczy Jedenasty. Robię to, bo jak sądzę jesteś jedynym, który może powstrzymać tych sukinsynów. Mimo to wiem, że i tak mi nie uwierzysz. Masz chociaż może kawałek kartki i coś do pisania? - zapytał łysy doktor.

Odruchowo sięgnąłem do kieszeni swoich spodni. Kawałek kartki. Ulotka. Dałem ją Mierzwiakowi.

- A jednak słyszałeś już o Lance&Kepler. Ten czerwony pająk z dwunastoma odnóżami to ich międzynarodowy symbol. Znajduje się na każdym produkcie korporacji. Masz coś do pisania?

- Twoja kieszeń na piersi - rzekłem pokazując jednocześnie palcem wskazującym lewej ręki.

- Tak, pamiętam. Mało co nie załatwiłeś mnie moimi własnymi długopisami mały gnojku - zaśmiał się ponownie mój rozmówca.

- A ty o ile dobrze pamiętam chciałeś mnie wtedy załatwić swoim pistolecikiem.

- Twardy z Ciebie skurczybyk. Dobrze, że się z tego wylizałeś Jedenasty.

- Nie nazywaj mnie tak - obruszyłem się. - Jestem Wieluch. Dla Ciebie pan Wieluch.

- Przyzwyczajenie. Tu wszyscy cię tak nazywaliśmy - rzekł doktor, po czym oddał mi moją ulotkę wzbogaconą o szereg kilku cyfr. - Znajdź pokój 312. Skrytka znajduje się w podłodze pod moim biurkiem. Tam znajdziesz odpowiedzi na dręczące cię pytania.

- Na co mi te liczby? - zapytałem zdziwiony.

- Wierz mi. Będziesz ich potrzebował... A wracając do naszej umowy. Jesteś mi winien przysługę.

- Czyżby. Nie wydaje mi się - odparłem. Nie czułem potrzeby dziękowania za tę garstkę informacji, które i tak ciężko było pozbierać do kupy?

- Niewdzięczny kutas – rzekł doktor, po czym dodał: - Życzę powodzenia. Na pewno będzie ci potrzebne.

Mój rozmówca zaśmiał się po raz ostatni, po czy złapał mnie oburącz za prawą dłoń w taki sposób, że ostrze mego noża skierowane zostało w jego serce. Było jasne, że zachował jeszcze drobinę energii, bo nim zdążyłem zareagować ostrze należące niegdyś do Texa zanurzyło się głęboko w ciele Mierzwiaka. Doktor nawet nie jęknął. Wypuścił z płuc resztki powietrza, a jego głowa powędrowała w dół.

Głupi sukinsyn.

 

C.D.N.

 

R-Chee


komentarze (0) | dodaj komentarz

Wyspa. Rozdział III

piątek, 21 grudnia 2007 1:10

ROZDZIAŁ III
MOJE WŁASNE PIEKŁO

 

 

 

Podrapałem się po głowie. Ktoś się napracował, by nie wpuszczać nikogo do środka. Albo też nie wypuszczać na zewnątrz. Płot miał ponad trzy metry. Metalowa siatka nie była zbyt dobrze przymocowana. Stale wyginała się pod naporem lekkiego wiatru. Być może był to efekt zaniedbania lub zwykłej fuszerki w trakcie budowy.

Podszedłem do przeszkody. Przez ogrodzenie można było przyjrzeć się wewnętrznej części kompleksu. Jeden duży budynek najprawdopodobniej zbudowany z betonu. Jego wielkie okna już od dawna pozbawione były szyb. Obiekt przypominał nieco stare fabryki (nie licząc owych okien, bo każdy producent trzymał by swoje tajemnicy z dala od wścibskich oczu konkurencji). To była raczej jakaś jednostka centralna.

Obok głównego budynku rozmieszczonych było kilka mniejszych. Zbudowane były w podobny sposób jak ten, w którym spędziłem noc. Dla nich czas również nie był łaskawy. Owe konstrukcje musiały tu stać nieużywane od co najmniej kilku lat.

Po chwili błądzenia wzrokiem po siatce stwierdziłem, że raczej nie jest pod napięciem. Ale pewności nie miałem. Widziałem jakieś metalowe przedmioty w moim "garażu". Mogły się teraz przydać. Odwróciłem się na pięcie i skierowałem w stronę swojego schronu. Drzwi znowu ostro zaskrzypiały.

Przekroczyłem próg i począłem się rozglądać. W lewym kącie stała drewniana deska, która w nocy uratowała mnie przed niechcianym gościem. Na końcu leżało siano, które posłużyło mi za legowisko. Były i narzędzia - powiedziałem oglądając stosik metalowych przedmiotów. Jakiś młotek, uszkodzone kleszcze i kilka krzywych gwoździ. Tak, jakby ktoś na noc przybijał nimi deskę do drzwi, by rano się ich pozbyć. I tak w koło. Chwyciłem w dłoń kombinerki i już miałem się zbierać, gdy coś zwróciło moją uwagę. Przedmiot wielkości dużego ziemniaka leżał nieopodal mojej kupki siana. Mojej kupki siana? Złapałem się na tym, że zaczynam ów garaż traktować jak dom.

Zbliżyłem wzrok do przedmiotu. Wczorajszy ból oczu znacznie ustąpił. Mógłbym już nawet coś przeczytać. Wziąłem przedmiot w dłoń i kilkakrotnie go w niej odwróciłem.

Co to do cholery jest? Czyżby to była? O cholera...

 

 

O Iraku można powiedzieć wiele, ale jeszcze więcej o samych Irakijczykach. Nie byli złymi ludźmi. Mieli swoje zasady. Może zbyt konserwatywne, acz nie był to powód by nimi gardzić. Każdy ma swoje "zboczenia". Niestety nie mam wpływu na to gdzie się urodziliśmy i jakie środowisko nas wychowało. Zatem i tam nie brakowało ludzi, którzy gotowi byli umrzeć za swój kraj, nie oczekując nic w zamian. W końcu to ich ziemie najechały obce wojska. To one wywołały wojnę. A wojna wyzwala w ludziach najgorsze instynkty.

Nie mam im tego za złe. Nie potępiam ich za to, że strzelali do mnie i moich towarzyszy broni. Nie potępiam za to, że bronili swego kraju. Jednak były wśród nich czarne owce. Tacy osobnicy, którym bez wahania zapakował bym kulę w łeb.

Byliśmy na patrolu. W sumie dwunastu żołnierzy. Zatrzymaliśmy się na jakimś zadupiu, by uzupełnić paliwo. Tam dostaniesz je wszędzie. Zrobisz niewielki wykop i ropa tryska strumieniami. To tak powszechne, jak u nas supermarkety.

No i stoimy umilając sobie czas żartami. Rybicki, nasz jednostkowy błazen, rzuca jakimś durnym tekścikiem. Nie dane mu było skończyć. Ziemią wstrząsnął silny wybuch. "Bomba!" - krzyczeli żołnierze. "Na stanowiska!" - krzyczał nasz dowódca. Kiedy zabezpieczyliśmy teren okazało się, że jeden arab chciał nas zaskoczyć. Zamachowiec-samobójca za szybko odpalił ładunek i na szczęście nikogo nie zranił. Przynajmniej tak wtedy sądziliśmy. Kilka minut później jeden z żołnierzy znalazł kawałek ludzkiego ciała. To była dłoń. Dłoń kilkunastoletniej dziewczynki. Okazało się, że bomba miała zapalnik radiowy. Jakiś sukinsyn przypiął bombę tej dziewczynie, a sam przyczaił się w okolicy. "Niestety" źle wyliczył odległość.

Dwóch chłopaków z tego oddziału wkrótce potem wróciło do kraju. Załamani stwierdzili, że to nie jest ich wojna i że nie przyjechali patrzeć jak dzieci wysadza się w powietrze. I to wszystko przez kawałek dłoni.

 

 

Kawałek dłoni który z taką uwagą oglądałem, niemal natychmiast odrzuciłem. Cholera. To coś musiało tu leżeć od bardzo dawna. I śmierdziało jak cholera. Nie miałem się nawet w co wytrzeć. Ciekawe czy ów ręka należała do właściciela narzędzi? A zresztą czy to ważne. Byłem raczej odporny na takie widoki. Flaki, wnętrzności czy fekalia nie specjalnie mnie ruszały. Jednak owa ręka była jakaś dziwna. Jakby... odgryziona od reszty ciała. Nie, nie mogę tracić czasu. Weź się w garść Daniel i sprawdź płot.

Uszkodzone kleszcze były bardziej przydatne niż na początku sądziłem. Upewniły mnie w przypuszczeniach, że siatka nie jest pod napięciem i pozwoliły mi na jej pokonanie. Trochę się natrudziłem, ale już po kilku minutach mogłem bezpiecznie przejść przez dziurę w metalowej przeszkodzie.

 

 

Mimo jak mi się zdawało wczesnego poranka, robiło się coraz cieplej. Tylko chwilami można było poczuć lekki wiaterek. Powoli poruszałem się przed siebie, spoglądając na kolejne zabudowania. Istna ruina. Ruina za powstanie której nie odpowiadał bezpośrednio człowiek, lecz postępujący nieubłaganie czas.

Po krótkim "spacerze" na terenie ośrodka uznałem, że czas najwyższy zajrzeć do wnętrza budynku. Szczerze mówiąc niezbyt miałem ochotę na nowe niespodzianki. Lubiłem przygody, ale tych wczorajszych wystarczyło by mi na kolejne kilka lat.

Znalezienie wejścia nie stanowiło problemu. W sumie niemal każde okno pozbawione było szyby. A były one spore. Można było nawet pokusić się o stwierdzenie, że to one tworzyły ściany tego dziwnego obiektu. Obiektu, który mógł w pewnym stopniu przypominać salon samochodowy.

Gdy w końcu znalazłem jakieś sensowne wejście, pojawił się kolejny problem. Jak dostać się do środka nie kalecząc swoich gołych stóp? Wszędzie w koło leżały okruchy szkła, przesuwane latami przez wiejący wiatr. Jeden fałszywy krok i kawałek dawno rozbitego okna mógł poważnie skaleczyć moją nogę. Pomyślałem z uśmiechem na twarzy, że może przeszedł bym ten odcinek na rękach, po czym po raz kolejny wróciłem do swojej wczorajszej kryjówki.

Otwierając skrzypiące drzwi budynku tym razem nie zwracałem uwagi na leżące w środku przedmioty. Przyszedłem po dwie konkretne rzeczy i całą uwagę skupiłem wyłącznie na nich. Po chwili ponownie stanąłem przed wejściem do ogromnego budynku. Nie zauważyłem tego wcześniej, ale nad głównymi drzwiami namalowany był dość sporej wielkości znak. Symbol przedstawiający coś jakby czerwonego pająka, tylko z dwunastoma odnóżami. Nigdy wcześniej nie zetknąłem się z takim emblematem.

Rozejrzałem się za jakimś wygodnym siedziskiem. Spostrzegłem kątem oka dość spory, płaski na wierzchu kamień, a właściwie niewielki głaz. Swoją drogą, ktoś wie kiedy kończy się kamień, a zaczyna głaz? Przysiadłem i spojrzałem na swoje stopy. Nie wyglądały zbyt dobrze, acz nie zauważyłem na nich żadnych poważnych ran. Ściągnąłem swoją koszulę należącą niegdyś do Texa, chwyciłem nóż i dwoma szybkimi ruchami poodcinałem rękawy na wysokości ramion. Tym prostym sposobem zrobiłem sobie z t-shirta podkoszulek. Uzyskane kawałki materiału poddałem dalszej "obróbce" uzyskując w ten sposób kilkanaście krótkich sznurków. Później przyszedł czas na główną część mojego wynalazku.

Chwyciłem leżącą obok mnie deskę, która do niedawna służyła mi jako rygiel w "garażu". Wstałem i chwyciwszy ją oburącz za jeden koniec z całej siły uderzyłem o krawędź kamienia na którym przed chwilą siedziałem. Deska pozostała nienaruszona. Ja jednak się nie poddałem. Uderzyłem jeszcze parokrotnie, nim płaski kawałek drewna poddała się i złamała na pół. Większą część odrzuciłem, a mniejsza wciąż wymagała podziału, tym razem na dwie równiutkie części o długości pokrywającej się z długością moich stóp. Nie można było tego zrobić kolejnym uderzeniem o głaz. Deska mogła by złamać się nierówno albo nie złamać wcale.

Po raz kolejny złapałem za mój bezcenny nóż, który dostałem w spadku po amerykańskim żołnierzu. Wykonując ruchy podobne do cięcia piłą, starałem się naruszyć strukturę materiału i wyznaczyć dokładne miejsce jej złamania. Po zrobieniu dość głębokiego nacięcia i kilkukrotnym uderzeniu o kamień, udało mi się stworzyć dwie nowiuśki "japonki". Oczywiście niezbędne do tego okazały się "wyprodukowane" wcześniej kawałki sznurków i dziury zrobione przy pomocy młotka i zardzewiałych gwoździ.

Odziany w nowe obuwie mogłem bez obaw spenetrować budynek. A było na co popatrzeć. Widok zaskoczył mnie już na samym początku. Spory hol przypominał te widywane w hotelach. Ale na dobrą sprawę nie było tam niczego interesującego. Pomijając oczywiście wdzierającą się do środka wszystkimi szczelinami, zjadającą budynek roślinność, leżące wszędzie kawałki szkła i niesamowite wręcz nawarstwienie się kurzu.

Po pierwszym dość przelotnym spojrzeniu na wnętrze budynku przyszedł czas na jego dokładną penetrację. Zaglądałem w każdy kąt, oglądałem ściany i przeglądałem nieliczne szafki. Nic konkretnego. Brak jakichkolwiek dokumentów, brak przedmiotów codziennego użytku. Widać myliłem się stwierdzając, że ktoś po prostu opuścił tę posiadłość. To była raczej sprawnie przeprowadzona ewakuacja.

Znalazłem kolejne pomieszczenia. Otwarłem pierwsze drzwi znajdujące się po prawej stronie, niemal w połowie drogi od wejścia. A za nimi najprawdziwsza łazienka. Oczywiście dalece jej było do ogólnie przyjętych standardów, ale był kran. Dopiero w tym momencie uświadomiłem sobie jak bardzo jestem spragniony.

Odkręciłem maksymalnie kurek i... nic. Kręciłem to w lewo, to w prawo. Sytuacja powtarzała się przy kolejnych umywalkach. Woda już dawno przestała płynąć tymi rurami. Moja irytacja zaczęła wzrastać. W końcu zacząłem okładać pięściami jeden z kranów oraz już i tak podniszczoną umywalkę. Cholera! Nic! Ani pieprzonej kropli! Jeśli zaraz nie zaspokoję pragnienia to szlak mnie trafi.

A to kto, do jasnej cholery? - zapytałem sam siebie skupiając całą uwagę na stojącym przy ostatniej umywalce lustrze. To wyjątkowo wciąż zachowane było w całości. Ale samo lustro mnie nie interesowało. Intrygowała mnie postać jaka się w nim pokazała. Bo to nie mogłem być ja. Po prostu nie mogłem.

Kiedy wpadając do groty spojrzałem na swoje odbicie w tafli wody (cholera, czemu wtedy nie zaspokoiłem swojego pragnienia), spostrzegłem pewne nazwijmy to "nieprawidłowości". Ale ze względu na ruchomą powierzchnię podziemnego jeziorka, jak i mój słaby wtedy wzrok uznałem, że obraz jest zbyt mało przejrzysty, by uznać go za prawdziwy. A teraz okazuje się, że wyłaniający się wtedy kształt był realniejszy niż sądziłem.

Od razu rzucił mi się w oczy brak mojej blizny pod lewym okiem. Była to dość charakterystyczna pamiątka z dzieciństwa. Wyglądało to tak jakbym w ogóle jej nie miał. Byłem też ogolony na łyso. Jak rasowy skinhead. Ale to nie wszystko. Ogólne rysy twarzy były ok, ale jakiś taki szczuplejszy się wydawałem. I o ile mogłem uwierzyć, że ktoś mnie ogolił i laserowo usunął bliznę, o tyle wiedziałem, że uszy same nie odrastają. A mi do wczorajszego ranka brakowało kawałka prawej małżowiny. Byłem jakby... świeżo wydany na świat.

 

 

Co to ma znaczyć? Czy ja śnie? Nie, sny nie bywają tak długie i szczegółowe. Może to jakiś eksperyment w bazie? Badają moją psychikę. Nie mogą bez mojego pozwolenia. A może umarłem i trafiłem do piekła? Może nigdy nie obudziłem się ze snu spowodowanego omdleniem? To nie wyglądało na typową reakcję pielęgniarki. Siostry nie reagują krzykiem gdy ktoś mdleje. Starają się zachowywać spokój. A tamta starsza babka w ciemnych włosach chyba lekko spanikowała. Może zauważyła, że schodzę z tego świata? To by wiele wyjaśniało. Ten kreto-człowiek. Może to sam szatański pomiot? I straszliwie tu gorąco. Czemu wcześniej nie połączyłem tych faktów? Czytałem gdzieś, że nie można zabić martwego i że w podziemnym świecie dręczone jest nie tyle ciało, co umysł zmarłego. I to jest chyba moje własne piekło.

Pozostawało jednak jedno "ale". Kim byli ci przeklęci komandosi? Czy to element perfidnych gierek władców podziemi czy raczej standardowa kara za mój współudział w akcji okupowania Iraku? Jak by jednak nie brzmiała odpowiedź to w tej łazience raczej niczego się nie dowiem. Chyba że...

Od wczorajszego dnia mój wzrok wyraźnie się poprawił. Bez trudu w niesamowicie dużej ilości brudu odnalazłem kawałek papieru. I to nie byle jaki. Była to jakaś broszurka reklamowa. Kiedyś musiała być ładna, dziś nadawała się jedynie do spalenia. Pierwsza strona była niemal nieczytelna. Brud i wilgoć zrobiły swoje. Acz po otworzeniu środkowej części moim oczom ukazało się logo czerwonego pająka, a pod nim pobladły już tekst. Był jednak dość wyraźny fragment napisany po angielsku, który bez większego trudu mogłem przeczytać i w myślach sobie przetłumaczyć.

 

 

"...Korporacja Lance&Kepler już od ponad 20 lat działa z myślą o dawaniu nadziei ludzkości. Wspieranie naszej działalności zapewni bezpieczeństwo tobie i twoim bliskim. Twoja przyszłość zależy od Ciebie!"

 

 

Lance&Kepler? Nigdy nie słyszałem o takiej firmie ani nie spotkałem się z takim logiem. I sądząc po stopniu zniszczenia ulotki działali znacznie dłużej niż 20 lat. Wyglądało na to, że mieściła się tu niegdyś siedziba owej korporacji. Ciekawe czym się tutaj zajmowano?

Przetarłem ulotkę z kurzu i włożyłem ją do kieszeni spodni. W chwili gdy to zrobiłem zauważyłem, że moje "buty" zaczynają się powoli rozpadać. Sznurki z rękawów nie były zbyt dobrym rozwiązaniem. Zresztą same obuwie też do najwygodniejszych nie należało. Jak skończę penetrować budynek na pewno szybko się ich pozbędę. Opuściłem łazienkę, nie znajdując w niej niestety nic, czym mógłbym ugasić pragnienie. Z suchym jeżykiem ruszyłem w stronę przeciwległych drzwi. I tu kolejna niespodzianka (a mogło by być inaczej?). Za wejściem stały ukryte, otwierające się na boki drzwi. Najprawdopodobniej była to winda. Obok niej z kolei znajdowały się schody. Schody prowadzące w dół.

Przez chwilę pożałowałem, że pozbyłem się broni z latarką odziedziczonej po Texie. Pomyślałem jednak, że może nie będzie na dole tak ciemno jak przypuszczałem. I rzeczywiście nie było. Co jakiś czas pojawiało się mdłe, pomarańczowe lub niebieskie światło. Wyglądało to jakbym przemieszczał się w jakiejś elektrowni nuklearnej w której właśnie doszło do wycieku. Klaustrofobiczna atmosfera, połączona z migającymi światłami i wszechobecną ciszą tworzyły iście ciekawe połączenie. Zszedłem. Nie miałem specjalnych oporów. Po wczorajszej nocy mało co mogło mnie wystraszyć.

Wydawało się, że schody nie mają końca. Brnąłem i brnąłem w dół. Czułem, że schodzę z jakiegoś kilkunastopiętrowego wieżowca. W pewnym momencie nawet się zawahałem. Czy to nie schody na niższy poziom piekła? Sam Dante mógłby mi teraz udzielić kilku wskazówek. Ale nie miałem akurat pod ręką jego książki.

No i bez ostrzeżenia trasa się skończyła. Schody zakończone były na dole kolejnymi drzwiami. Do niedawna zamykane za pomocą jakiś zmyślnych zabezpieczeń, po wyraźnych śladach brutalnego odbezpieczania, zapieczętowane zostały jedynie zwykłymi łańcuchami poprzecinanymi gdzieniegdzie tradycyjnymi kłódkami. Słusznie przypuszczając, że mogą się jeszcze przydać, nie pozbyłem się ani młotka, ani moich zniszczonych kleszczy. Wraz z posiadanym przeze mnie nożem stanowiły całkiem niezły zestaw do otwierania zamków. Wiedziałem, że za tymi drzwiami mogą skrywać się odpowiedzi na wciąż nurtujące mnie pytania.

Nie wiem ile zajęło mi otworzenie wszystkich czterech zamków. Może było to 20 minut, a może 2 godziny. Straciłem poczucie czasu. Udało mi się jednak złamać wszystkie zabezpieczenia. Teraz majaczyły przede mną dość masywnie skonstruowane stalowe drzwi. Wystarczyło pociągnąć za klamkę, a wszystkie zagadki ostatniej doby, którymi los mnie non stop bombardował (w przenośni i dosłownie) mogły zostać wyjaśnione. Złapałem prawą dłonią za uchwyt i gdy już miałem na niego naprzeć, przyszła mi do głowy niepokojąca myśl, że za drzwiami może się czaić niebezpieczeństwo. Przypomniał mi się mój "znajomy" z zeszłej nocy. Puściłem klamkę, wziąłem głęboki oddech i złapałem za nią ponownie, tym razem jednak lewą dłonią. W prawej pewnie dzierżyłem nóż. Drzwi puściły bez problemu.

Pomieszczenie do którego wszedłem było dość dobrze oświetlone. Od razu rzucił mi się w oczy straszny bałagan. Tym razem jednak nie była to sprawka postępującego czasu. Ingerencja człowieka była wręcz namacalna. Poprzewracane biurka i krzesła. Zniszczone komputery i monitory. Przynajmniej tak mi się zdawało, bo jeszcze nie widziałem nigdy takiej technologii. W dodatku czuło się niespotykany wręcz odór zgnilizny. Sala przypominała coś jakby pomieszczenie stróżówki, w której kilku strażników pilnowało, by nikt nieupoważniony nie przekraczał progu kolejnych drzwi. Tym razem jednak nikt ich nie pilnował. Po wartownikach nie było śladu. Przynajmniej tak się na początku wydawało.

Po zrobieniu kilku kroków rozejrzałem się na boki i zrozumiałem, iż rzeczywiście było tu niegdyś kilku strażników. Co najmniej trzech. Owi strażnicy albo raczej to co z nich zostało leżeli na podłodze z wyraźnym śladami po kulach. Zwłoki nie były zbyt stare. Leżały tam maksymalnie kilka dni. Acz „zapach” ich gnijących ciał przyprawiał o mdłości.

Nie tracąc czasu na przyglądanie się denatom ruszyłem w stronę następnych drzwi. Nim do nich dotarłem, zauważyłem w ścianie ślady po kulach. Bez wątpienia właśnie tu doszło do strzelaniny w której zginęli ci trzej faceci. Nacisnąłem na klamkę i dostałem się do kolejnego pomieszczenia. Był to w istocie przylegający prostopadle do stróżówki korytarz. Przejścia w prawo i lewo ciągnęły się dość spory kawałek. Korytarze były obmalowane na biało i sprawiały wrażenie sterylnych. „Sprawiały” to dobre określenie, bo najwyraźniej od dobrych kilku dni nikt tutaj nie sprzątał. I bynajmniej nie miałem tu na myśli brudu z butów. Wszędzie widać było zaschnięte plamy krwi.

Było jednak coś, co przykuło moją uwagę w sposób szczególny. Przeciwległa ściana, a właściwie jej brak w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Na przeciw drzwi stróżówki znajdował się szereg okien tworzących szklaną powierzchnię. Ostrożnie sie do niej zbliżyłem. Za owym szeregim szyb widać było ogromne pomieszczenie, którego poziom znajdował się kilka metrów poniżej kontygnacji korytarza na którym się właśnie znajdowałem. Cała konstrukcja przypominała coś jakby zbudowane po ziemią atrium

Ja już gdzieś... gdzieś widziałem to pomieszczenie. Byłem tego niemal pewny. Jakieś skrzynie z elektryką. I pompy. Ja już tu kiedyś byłem, ale... Tak, teraz pamiętam. Widziałem je! Widziałem je w swoim śnie. Byłem tam na dole w asyście dwóch mięśniaków i tego doktora. Jak mu tam było?... Mierzwiak! Ale to był przecież tylko sen. Chociaż chwilę. Chyba pamiętam gdzie oni mnie prowadzili.

Wciąż podekscytowany odkryciem ruszyłem w prawą stronę. Korytarz po chwili skręcił delikatnie w lewo i pojawiły się prowadzące w dół kolejne schody. Pokonałem je dość szybko. Oczywiście zauważyłem po drodze kilka kolejnych trupów, ale i tym razem nie miałem ochoty, by się im dokładnie przyglądać. Nie miałem wątpliwości w jaki sposób zginęli. Strażnicy, amerykańscy wojskowi, naukowcy i inżynierowie. Wszystkich łączyły dziury po kulach i charakterystyczny znak czerwonego pająka na różnych częściach garderoby.

Po pokonaniu schodów znalazłem się wewnątrz dużego pomieszczenia. To tu. Tu mnie prowadzono. Znalazłem także ów długi korytarz oznaczony parzystymi numerami. Wpadłem do niego o mało co nie potykając się o kolejne ciało. To tu próbowałem się wyrwać i to tu postrzelił mnie Mierzwiak. Prowadzili mnie do tych drzwi. Numer 132.

Nie zastanawiałem się długo. Wciąż wierzyłem, że w końcu za którymiś magicznymi drzwiami otworzą mi się oczy i będę w stanie poukładać wszystko w całość. Otwarłem, nie, szarpnąłem klamkę i niestety nie doznałem oświecenia. Światło wewnątrz pomieszczenia nie różniło się zbytnio od tego, jakie widziałem na schodach przy windzie. Niebieskie i pomarańczowe lampy migotały z różną częstotliwością. Część z nich świeciła jednostajnym blaskiem, inne zdawały się być zupełnie zepsute. Miejscami pojawiały się snopy iskier z wciąż będących pod napięciem uszkodzonych przewodów elektrycznych. Wiedziałem, że muszę być ostrożny. Głupio by było, gdybym właśnie teraz miał zginąć porażony prądem. W pomieszczeniu znajdowały się również jakieś dziwne zbiorniki. Dość spore, przeźroczyste naczynia w których spokojnie można by zmieścić dorosłego mężczyznę. Niektóre były rozbite, w innych znajdował się jedynie jakiś niebieski płyn, zbyt czysty, by była nim zwykła woda.

Spojrzałem na kolejnego trupa leżącego na ziemi. Nie robili na mnie specjalnego wrażenia, acz temu wyjątkowo przyjrzałem się bliżej. Miał jakąś znajomą twarz. I opaskę na lewym oku. Nie miałem cienia wątpliwości. To był ten osiłek, którego pozbawiłem oka długopisem. Ale to nie ja go zabiłem. Dostał kulkę w łeb. Kolejny trup leżał pod ścianą. Ale czy on... czy on się przypadkiem nie poruszył?

Zbliżyłem się do postaci w zabrudzonym krwią białym fartuchu (i tu krew była wszędzie). Ów mężczyzna siedział pod ścianą z rozłożonymi nogami i spuszczoną głową. Wszędzie rozpoznał bym tę łysiejącą głowę. Powoli i ostrożnie podszedłem do rannego z zamiarem podniesienia mu głowy. Przykucnąłem i wyciągnąłem lewą rękę, w prawej nadal dzierżąc swój nóż. Jak udało mu się przeżyć taką rzeź?

- Odradzam bezpośredni kontakt z doktorem Mierzwiakiem. Został zakażony.

 

C.D.N.

 

R-Chee

 

komentarze (3) | dodaj komentarz

Moje stare teksty wierszowane...

czwartek, 06 grudnia 2007 14:50

   
            Witam po raz kolejny. Tak, u mnie ok. Co do pracy licencjackiej, to jestem na ostatniej prostej. Dziś Mikołaj, więc mam nadzieję, że dostaliście mnóstwo prezentów. Serio myślałem, czy nie przebrać się dziś za Mikołaja i nie ruszyć w miasto (tak, mam taki strój), jednak po dłuższym zastanowieniu stwierdziłem, że nie chce mi się łazić samemu. Brat niestety musiał ruszyć na kolejne wieże zakładając nowe... eee... FD?? (nazwa robocza "fiksum dyrdum", bo za cholerę nie pamiętam co on tam montuje), a bez niego to nie będzie to samo. W każdym bądź razie zrezygnowałem z pomysłu. Miałem wstąpić też do mojego starego zakładu w Bytomiu, ale jakoś nie widziało mi się podróżować miejskimi środkami komunikacyjnymi w takim stroju.


 

            W każdym bądź razie tez mam dla was mały prezencik. Tak się ostatnio przypadkiem złożyło, że szukając dyskietki do zapisania dotychczasowych wyników mojej pracy, znalazłem moje bardzo dawne teksty. Wiersze (tak, zdarzało mi się jakiś napisać, ale to naprawdę niewielki procent mojej twórczości), mające z założenia być tekstami hip-hopowymi (LOL), prezentuje poniżej. Nie pytajcie o co mi w nich chodzi, bo szczerze mówiąc sam do końca nie wiem. Interpretacje pozostawiam wam.

 



            Miłego czytania.


 


Ps. Pierwszy to chyba coś o zatracaniu się w używkach, drugi o twórczości artystycznej i ingerencji czynników zewnętrznych w postaci komercjalizacji. Ale pewności nie mam ;)

 


 

 

********************************************************************************

 

 

W strefie mroku:


Jak? Co? Gdzie? Pytania same zadawane,

bez odpowiedzi, zakończenia. Udawane

reakcje, interpretacje błędne racje. Kto

odpowiedź da czystą, jakość przejrzystą,

że wyjaśni wszystko, mrok rozjaśni, krok

milowy postawi, świat na prawidłowy tor

przestawi. Kto mnie z tej matni wyciągnie

od tej okropnej wizji odciągnie...


 

                            ***


Znowu w strefie mroku, ekipa w szoku. Czas

wyrwać cię z tego amoku. Nikt nie zmusi cię do

tego kroku, nie ześle na ciebie wyroku.

Spoko! Jesteś z nami - prawdziwymi kumplami,

wyciągniemy cię z otchłani, sprawie na maksa

oddani. Widzisz nas w oddali. Ekipa cała

obwieszcza, życie cię nie rozpieszcza, ale cię nie

opuścimy, głowy nie spuścimy i radzimy -do tej

gry nie rób złej miny ...


                            ***


O jeden most za daleko, nie będzie lekko, nie

przeżył bym tego, gdyby nie wsparcie, kolego.

Przeklinam ten sobotni wieczorek, najpierw jeden,

potem drugi worek, jazda na maksa, piekielne

opętanie, a potem luka i świata przywitanie, pełne

bólu i cierpienia, głodu i uzależnienia. Zrozumiałem

wreszcie, wierzcie lub nie wierzcie. Życie to nie raj,

ale i tak powiem reszcie, że wróciłem z

przedsionka piekieł, NARESZCIE!...


                            @@@





Krzywa świata załamana:


Umarł król, niech żyje król, każdy ma w życiu

miliony ról, wiemy, to jest właśnie cool. Nadajemy

ton swych myśli, niech się ziści, zemsta liści, nikt

tego nie wymyśli. Nikt temu nie zaradzi, świat nas

zdradzi, kwestia czasu, kto wyjdzie z tego marazmu,

przenikliwego hałasu. Kto po naszej stronie

stanie, komu życie nie jest tanie, szereg bohaterów

w rzędzie ostanie, teraz i na świata zaranie, jak chmury

oberwanie, siła pierwotna - niezwyciężona i zdrowotna.

Przeciążona myśl człowiecza, obowiązują, nas zasady

średniowiecza, ręce nam związują, przekonują, że źle robimy,

świata nie rozumiemy, w wielu sprawach się mylimy,

wniosek ten oddalimy. Carpe Diem, ten co żyje dniem,

...ja wiem..., prosta sprawa - krzywa świata załamana!


                            ***


Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta, kto ten fakt

wykorzysta. Nie żyj jak statysta, zejdź na plan główny,

krok trudny i nie banalny, ale wykonalny. Plan staranny

w gotowości, już rzucone zostały kości, świat ospały w

ruch wprawiony, głupcami wypełniony - weź swój los w

swoje ręce, takiej szansy nie będzie więcej. Czas coś zrobić,

opinie o świecie wyrobić, zaległości życia nadrobić.

Droga do sukcesu, jak z kiepskiego RTS-u, kręta i długa,

a sprawa druga?, co nas czeka po jego osiągnięciu?

Prawa ludzkie ulegają nagięciu. Czy to jest cel naszej

egzystencji? Niczym po absencji, w naszej rezydencji.

W spadkowej tendencji, materią ogarnięci, spięci i

zawzięci - to nas właśnie kręci, umysły nasze nęci.

Carpe Diem, ten co żyje dniem, ...ja wiem..., prosta

sprawa - krzywa świata załamana!


                            ***


Fortuna kołem się toczy, co ujrzą jeszcze nasze oczy,

czym nas świat zaskoczy, kto nasz poziom przeskoczy.

Wyrobione zdanie, szybko nie ostanie, cenzurowanie?,

zbędne porównanie, to nam duszy odebranie, twórczości

załamanie... Nie damy sobie dmuchać w kasze, to

dziedzictwo nasze, nikt słuchać nas nie karze, nikogo

tekstem tym nie zrażę. Mowie o ofierze, więc bitami was zarażę,

komu się narażę, mało to istotne, obiekcje odwrotne i prędkości

zawrotne, wpływu na mnie nie mają, choć strach rozsiewają,

potwornie wyglądają, słabości uwypuklają. Oddają, to co ukryć

się staramy, z tradycją tą zrywamy, bohaterów odgrywamy,

przed widokiem publicznym ,ukrywamy swoje rany. Ryzyk!,

pod uwagę dzisiaj brany, często z niego korzystamy

- sojusz niebywały. Carpe Diem, ten co żyje dniem, ...ja wiem...,

prosta sprawa - krzywa świata załamana!

 


 

R-Chee


komentarze (0) | dodaj komentarz

« 12345  »

niedziela, 21 marca 2010

Licznik odwiedzin: 25207

O moim bloogu

Lubisz opowiadania online? Interesuje cię fantasy i historie z dreszczykiem? Jeśli tak, to świetnie trafiłeś. Zapraszam na swego bloga.

Jam jest...

Witam serdecznie i dzięki za zawitanie na mojego bloga. To moje pierwsze tego typu przedsięwzięcie. Jestem mieszkańcem Rudy Śląskiej, amatorsko piszącym opowiadania, głównie fantasy, s-f, ale także sensacyjne i przygodowe. Mam już na koncie kilka amatorskich projektów pisanych głównie z myślą o moich znajomych. Teraz czas zabrać się za coś poważniejszego. I mam nadzieję, że ów blog będzie pierwszym krokiem w tym kierunku.

Kontakt:
GG - 4964630
mail - rcheep@gmail.com

Fajny blog? Wyraź swoją opinię

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 20.08.2009 16:46:16
  • autor: blackwhite_66
  • treść: veni, vidi, buźka :*...

Moje teksty znajdziesz także na: