Witam wszystkich po weekendzie majowym. Mam nadzieję, że spędziliście go miło. Ja skromnie się chwaląc rzeknę, że majówkę spędziłem u rodziny w Złotoryji, przy okazji zwiedzając kilka naprawdę fajnych miejsc, z których chyba najbardziej podobał mi się zamek Grodziec. Te średniowieczne klimaty wprawiają w taki melancholijny nastrój. Poczułem się jak jeden z bohaterów opowiadań fantasy. Serdecznie polecam: ZAMEK GRODZIEC.
Niedawno natknąłem się przypadkiem na ciekawe forum. Weryfikatorium, bo takową nazwę ów forum posiada, jest miejscem zrzeszającym autorów amatorskich opowiadań, którzy tworząc kolektyw pomagają sobie nawzajem, weryfikując i oceniając swoje prace. Krytyka jest rzetelna i profesjonalna. Innymi słowy, nie jest łatwo zaimponować werifikatorom. Jakkolwiek konstruktywna krytyka w tym wypadku nie jest jedynie pustym słowem. Jeśli zatem masz dość pisania do szuflady, sądzisz, że masz talent, a nie wiesz komu to pokazać, Werifikatorium jest stworzone właśnie dla Ciebie. Sam skorzystałem z możliwości jakie daje to forum. Jeśli chcecie wiedzieć, co forumowicze powiedzieli o pierwszym rozdziale Wyspy, zapraszam pod ten link: WYSPA ZWERYFIKOWANA (UWAGA! SCENY DRASTYCZNE! WCHODZISZ NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ!)
Po za tym bardzo podobają mi się motyw bitew, w którym dwóch autorów ma od 2 do 4 tygodni na napisanie pracy lepszej niż rywal. Polecam!
Co do dzisiejszego opowiadania, to mam dla was kolejny rozdział z Kronik Gildii Magów. Art wykonany przez Dozzy. Thank you Sandeson.
Zaznaczam na wstępie, że tymczasowo żegnamy się z bohaterami serii. Uznałem mianowicie, że czas najwyższy powrócić do przygód Daniela Wielucha rozgrywających się na tajemniczej Wyspie.
**************************************************************************************************

ROZDZIAŁ VI
NA ROZSTAJU DRÓG
Jakub nie spał. Leżał w swoim posłaniu, obserwując budzący się świt. Wiedział, że wkrótce czeka go niezwykła misja i to z najprawdziwszym minotaurem u boku. Dowiedział się także, że towarzyszyć mu będzie biały mag Erfis oraz kilkunastu zbrojnych, będących obywatelami Cytadeli. Nie za dużo, by nie wzbudzać niepokoju w sercach dawnych wrogów.
Szary Wilk pamiętał ich dokładnie. Przez mieszkańców Armandii uważani byli za chodzące pół nago bestię, dzikie plemiona ze wschodu. Ale on wiedział więcej. Tak, wiedział że to tacy sami ludzie jak mieszkańcy królestwa, lecz posiadający zupełnie inną kulturę i obyczaje. Wiedział, że i tam znaleźć można tych dobrych jak i tych złych, mądrych i głupich, odważni i tchórzliwi. Nigdy się ich nie bał, ale żywił do nich szacunek, szacunek jaki okazujemy przeciwnikowi...
- Nadal śpicie Paladynie? - zabrzmiało nagle w komnacie.
- Piotr? Jak tu wszedłeś? - powiedział Jakub, wciąż nie mając stu procentowej pewności, że cień z którym rozmawia to mag ognia.
- Nie przyjacielu. Nie jestem Piotrem. Przybyłem tu jako posłaniec mego Pana, by przekazać ci ważną informację - odrzekł nieznajomy bardzo przekonująco.
- Kim jesteś?
- Nie ma to większego znaczenia. Istotne jest jednak, że jestem przyjacielem i przybyłem ci pomóc, albo raczej przestrzec.
- Nie bardzo rozumiem.
- Musisz zrobić wszystko, by twa misja zakończyła się sukcesem. Nie pytaj jak. Nie pytaj dlaczego. Sześciu magów otacza aura śmierci. Nikt z nich nie zdoła z wyprawy żywy powrócić. Mistrz Estild z kolei jest świetnym dowódcą, ale nie jest w stanie sobie nawet wyobrazić, jakie niespodzianki wkrótce go czekają. Jeśli pomoc ze wschodu nie nadejdzie, królestwo króla Gregora upadnie. Pamiętaj o tym.
Jakub nie wiedział dlaczego, ale wierzył w każde słowo nieznajomego. Zasmucił się, gdyż to oznaczało, że być może dziś z Piotrem ostatni raz się zobaczy.
- Trzymaj się Erfisa i minotaura. I uważał na wroga, który zaczaił się na tym dworze. Nie zawahaj się go zabić, jeśli zajdzie taka potrzeba. Zrobię ile się da, by ci misję ułatwić, a tymczasem bywaj Szary Wilku.
- Zaczekaj. Skąd wiesz o tym wszystkim?
Nieznajomego jednak już nie było. Zniknął tak nagle, jak gdyby nigdy nie pojawił się w komnacie Paladyna. Czyżby to był sen. Nie, to rzeczywistość, aż nadto wyraźna. A takie sztuczki już widział. Robili je... no właśnie.
Veron rozwarł żrenice. Był lekko poparzony na rękach, ale nadal żył. Wciąż miał przed oczyma scenę, jaka rozegrała się przed dwiema godzinami, gdy noc wciąż górowała nad dniem.
Nożownik rozejrzał się w koło. Wszędzie leżały ciała rycerzy gwardii królewskiej. Nie oddychali. Po obrażeniach jakie doznali, było to oczywiste. Niektórzy leżeli zagotowani w swych zbrojach, ciała innych leżały w koło posiekane na kawałki. Czereza rzeczywiście jest potężnym demonem. A teraz jest także demonem na wolności. I to najbardziej niepokoiło Verona.
Flint siedział pod drzewem, wpatrując się w swój świeżo wymyty nóż. Nie należał do osób potrafiących ukrywać swe emocje. Był podniecony i dumny z tego co dokonał. Ale czy rzeczywiście było się z czego cieszyć? Przyzwał potężnego demona, który dość łatwo uporał się z grupą rycerzy króla Gregora. Biedacy, jeden po drugim padali od potężnych, ognistych ciosów, które Czereza wskrzeszał za pomocą swych dłoni i ust. Poniektórzy próbowali używać magicznych run, ale żadnego wymiernego skutku nie osiągnęli. Gdy na placu boju pozostał już tylko ranny w nogę dowódca grupy, Czereza powiedział coś, co Verona zastanowiło, a potem zmroziło krew w żyłach.
- Czy mam go zabić panię? - spytał swym niesamowicie przerażającym głosem demon.
- Zabij tego śmiecia - odrzekł bez zastanowienia Flint, pozbawiając się przy tym kontroli nad demonem. Każdy, komu nieobce są podstawy magicznego przyzwania wie, że wywołując demona zaklętego w jakimś przedmiocie (przez chłopstwo nazywanego dżinem), należy stosować pewną zasadę. Gdy ów demon spełni trzy życzenia, zostaje zwolniony z zaklęcia lojalnościowego. Innymi słowy - staje się wolny. Zasada jest taka, że przywołanie demona to pierwsze życzenie, wydanie mu rozkazu to drugie, z kolei trzecim musi być koniecznie uwięzienie demona w jakiś nowy przedmiot, by utrzymać nad nim kontrolę i otrzymać kolejne trzy życzenia. Czereza wiedział, że ma za plecami idiotę nie znającego podstaw magii i sprytnie go oszukał. Po zabiciu wodza naszych wrogów, uleciał na wietrze śmiejąc się szyderczo. Dobrze, że nie zabił i samych podróżnych przy okazji.
- Hej Veron, jak ci się podobało przedstawienie? - zawołał Flint na widok rozglądającego się w koło towarzysza.
- Wiesz co zrobiłeś bezmózgi głupcze. Uwolniłeś Czerezę!
- Trudno, zrobił co miał zrobić - odparł Flint. Tym razem na jego twarzy nie rysował się obraz dumy i samouwielbienia. Chyba zdawał sobie sprawę, że nie do końca tak to miało wyglądać.
- Wiesz, co ta bestia może teraz zrobić? Może zniszczyć wszystko co napotka na swojej drodze. Łącznie z nami.
- Nie potrzebnie się przejmujesz - Flint oblizał wargi, po czym przyczłapał do obolałego towarzysza, podając mu jakieś zioła. - Wetrzyj je w ranę. Powinno pomóc.
- Do diabła z twoim zielskiem! - wykrzyczał Veron. - Czy ty tego nie rozumiesz! Nikt nie ma już władzy nad Czerezą!
- Ktoś ma. Wybrany. A my służymy jego namiestnikowi. Jeśli naszym możnowładcą zależy na powodzeniu tej misji, Czereza będzie trzymał się od nas z daleka.
- Obyś się nie mylił - odrzekł Veron, odchylając głowę do tyłu. Chyba po raz pierwszy usłyszał od Flinta coś sensownego.
Po kilku minutach Flint zdołał odnaleźć jednego z rozpierzchłych koni należących ongiś do gwardzistów. Odziwo udało mu się nad nim zapanować i po zebraniu wszystkiego co mogło się jeszcze przydać, wraz z Veronem ruszyli w dalszą podróż. Drogę oświetlało im świecące już śmiało słońce, którego promienie przebijały się przez gałęzie drzew.
- A jak tam ręka? - zapytał po chwili Flint.
- Nie najgorzej, choć cieszę się, że jestem leworęczny.
- Nie mówię o ranie. Pytam o te dziwne oparzenia.
- A to - odparł Veron z kwaśną miną. - Pamiątka po Czerezie, która jest przyczyną moich obaw...
Było około siódmej trzydzieści. Cytadela jak zwykle o tej porze budziła się do życia. Jednak dziś był wyjątkowy dzień. Na dziedzińcu pod wieżą zebrała się dość spora grupa jeźdźców, wśród której brylowali magowi różnych zakonów. Wielu mieszkańców z zaciekawieniem przyglądało się temu dość niecodziennemu orszakowi. Szczególną uwagę zwracał jednak jedyny członek grupy nie posiadający swego rumaka, lecz poruszający się za pomocą siły własnych nóg. Minotaur Manro, bo o nim mowa, po raz pierwszy od lat opuścił mury centralnej wieży, wywołując przy tym niemałe poruszenie. San przechadzał się między podróżnymi, udzielając im ostatnich rad i podtrzymując na duchu. W końcu podszedł także do maga ognia.
- Arnero i jego oddział w nocy opuścili Cytadelę - rzekł do Piotra. - Musicie uważać, bo nie czystymi intencjami się ten człowiek kieruje.
- Spokojnie. Jego banda nie powstrzyma naszego orszaku.
- Obyś się nie mylił. Powodzenia Piotrze. Zanim pokonasz wroga, pokonaj swe słabości, nawet gdyby to miało oznaczać czyjąś śmierci. W razie wątpliwości poradź się Delglina.
Piotr kiwnął głową, pożegnał Sana, po czym spojrzał na stojącego obok Jakuba odzianego w w ciężki pancerz Paladynów. Wśród zakonu nie było ustalonego standardu co do jej wyglądu, dlatego Paladynów nazywano czasem kolorową armią. Jakkolwiek ich zbroje miały wiele cech wspólnych.
Nieobecny duchem Szary Wilk spoglądał przed siebie. Rześki, poranny wiaterek opływał jego młodą twarz. W powietrzu wyczuwalne było napięcie.
- Co cię trapi przyjacielu - zapytał Piotr po chwili. - Myślisz, że nie podołasz misji.
- Nie - odparł Paladyn. - Boję się, że ty nie podołasz swojej.
Piotr tylko się uśmiechnął, po czym wskoczył na przygotowaną już do drogi białą klacz. Spojrzał przed siebie i zobaczył kilkunastu jeźdźców powoli zmierzających w stronę głównej bramy Cytadeli.
- Skąd taki pomysł Jakubie? - zapytał mag przez ramię. - Czyżbyś miał jakiś proroczy sen?
- Nie - odparł Paladyn. - Prorok sam do mnie przyszedł dzisiejszego poranka.
Mag zmarszczył brwi.
- Prorok powiadasz. Ciekawe.
- Ty mnie kompletnie lekceważysz - zdenerwował się Jakub. - Wiem co widziałem, hm... co słyszałem i czułem dziś o brzasku.
- W porządku. Opowiesz mi o tym po drodze.
Szary Wilk wskoczył na swego konia. Obie grupy - magowie i grupa Paladyna - ruszyli w swoją najważniejszą w życiu misję. Kilka godzin wcześniej inna grupa, złożona z wojowników różnych ras ruszyła na południe, by zlokalizować i przejąć artefakty do których Lord Aldo i jego poddani jeszcze nie dotarli.
Jeźdźcy poruszali się pokrytym kamieniami i piaskiem traktem, ciągnącym się między nieskończenie długimi polami. Dzień był pogodny, idealny na odpoczynek. Jednak nie dla owych podróżnych, którzy powoli, acz konsekwentnie zmierzali do celu.
Po kilku godzinach jazdy, grupy miały się rozdzielić. Grupa sześciu magów miała ruszyć dalej na południe, aż do Stoh (mijając po drodze ruiny spalonego klasztoru), z kolei grupa Jakuba miała skręcić na wschód i udać się do Erchuzann, stolicy kraju Nayyrn. Tam właśnie Paladyn miał szukać sojuszników w nadchodzącej wojnie.
Krótko po opuszczeniu Cytadeli Jakub opowiedział o swojej porannej przygodzie z nieznajomym. Pominął jednak fragment o śmierci magów. Paladyn nie chciał niepotrzebnie niepokoić swego przyjaciela.
- Więc nasza misja ma się nie powieść i w tobie cała nadzieja. Nie wiem co mam powiedzieć. Mi chwała i zaszczyty nie potrzebne. A ty mógłbyś wrócić do swojego domu jako bohater.
- Nie nabijaj się ze mnie Piotrze. Mam poważne obawy.
- Nie roztrząsajmy już tej sprawy - uciął rozmowę mag i zwrócił się w stronę minotaura, zmieniając szybko temat rozmowy. - Manro. Dlaczego maszerujesz, zamiast dosiąść jakiegoś rumaka.
- My minotaur nauczeni jesteśmy przemierzać pieszo olbrzymie dystanse. Po za tym, nie ma konia który zdołał by mój ciężar udźwignął.
- Zaiste - zaśmiał się mag ognia. Po chwili jednak spoważniał, gdy Paladyn zaszedł mu drogę.
- Ufasz im? - zapytał Paladyn, patrząc magowi prosto w oczy.
- Komu, jeśli możesz mnie oświecić?
- Pozostałym magom.
- Sam nie wiem. Wiem jednak, że do misji osobiście San ich wyznaczył, a on wie co robi. Jakkolwiek - ciągnął dalej Piotr - ufam jedynie Cursisowi. Wiele lat go znam i wiele razy sobie wzajemnie życie ratowaliśmy. On dla mnie jest niczym brat, choć nie wiem czy starszy, czy młodszy - zaśmiał się w końcu mag ognia.
- A co z resztą? - drążył sługa króla Gregora.
- Co się z kolei tyczy pozostałych, to maga wody Savosa tez znam długo, atoli jest to mag z jednej strony młody i nie doświadczony, z drugiej - zbyt pewny siebie. Pycha i buta zgubią go kiedyś, albo co gorsza, towarzyszy jego. O Delgline też wiem co nieco, acz rzadko miałem z nim okazje przebywać. Jest postacią nader tajemniczą.
- Rzadka to rzecz wśród elfów Nekromantę spotkać. Elfy ingerowania w świat zmarłych chyba zakazują.
- Dlatego właśnie Delglin nie zamieszkuje w Riv-Snu jak większość elfów, lecz na dworze Sana. Tam takich dziwaków witają z otwartymi ramionami - znowu zaśmiał się Piotr. - Bo on nie do końca postępuje według elfich zasad. Podąża własnymi ścieżkami i wydaje mi sie, że tak do końca nikt ów ścieżek nie jest w stanie odgadnąć.
- Mówisz o nim z niepokojem - rzekł Paladyn.
- Zastanawiam się, cóż mag pokroju jego, robi w tak ważnej misji. Ten elf moc magiczną ma wielką, nie przeczę, atoli nie jest najodpowiedniejszą osobą do takiego zadania. Rodzaj magi jego, zbyt ku ciemnym mocą jest ukierunkowany. Po za tym wydaje mi się, że nasz towarzysz Delglin ma do wykonania dodatkową, tajną misję.
- A co z pozostałą dwójką?
- Oni są mi nie znani. O ile słyszałem co nieco o młodej uczennicy Sana, choć to jeno plotki, to o owym przybyszu wiem tylko tyle, że przybył do nas z okolic Elravatt czyli kraju szamanów i posiada pewne umiejętności, które się nam przydadzą w podróży.
- Wszyscy wydają się dość tajemniczy.
- Jeśli wierzyć plotkom, ów czarodziejka niesamowite zdolności psychiczne posiada.
- Absanhe... Ciekawe, czy ona się w ogóle kiedykolwiek uśmiecha - rzekł Jakub, po czym skierował swój wzrok przed siebie.
- Tu się rozdzielamy - rzekł po kilkunastu minutach Jakub.
- Rozumiem - odparł Piotr pokazują, by reszta się nie zatrzymywała. Grupa Jakuba skręciła w lewo. - W istocie to chyba koniec naszej wspólnej drogi. Mam nadzieję, że zdołasz unieść ciężkie brzemię, jakie na tobie spoczywa.
- Możemy się więcej nie spotkać - rzekł Paladyn niezbyt uradowany.
- Wiem - odparł mag, któremu tez w niesmak były owe słowa. Szary Wilk po raz pierwszy zobaczył zasmuconego maga (i pewnie po raz ostatni). - Zapewniam cię jednak przyjacielu, że cokolwiek rzekł ci ów posłaniec, póki mam swą moc i „Płonący Kieł” w ręku, nie poddam się.
Obaj, niemal równocześnie podali sobie ręce. Ich grupy, od pewnego czasu podążające w odmiennych kierunkach, ciągle były w zasięgu wzroku stojących na rozstaju dwóch jeźdźców.
- Uważaj na siebie - rzekł Piotr.
- Ty też - odparł Jakub i popędził swego konia. To samo po chwili uczynił Piotr. Zdążył tylko zerknąć na odjeżdżającego Paladyna.
Żołnierz króla Gregora przebył połowę drogi dzielącej go od swych towarzyszy i przystanął. Odwrócił konia i spojrzał w dal. Zobaczył sześciu jeźdźców, tak od siebie różnych, a kierowanych jednym wspólnym celem. Mag wody Savos, ubrany w niebieska szatę z kapturem. Tajemnicza Absanhe, młoda czarodziejka mocy psychicznych i protegowana samego Sana. Tisar - półnagi szaman z południa. Wyglądający jak małolat Cursis - mag ziemi. Nekromanta Delglin, odziany w granatowy płaszcz i dość oryginalny czerwono-czarny strój półelf. I w końcu Piotr - mag ognia, który niezależnie od woli Bogów, już na zawsze pozostanie jego przyjacielem.
- Wyprawa sześciu magów - rzekł sam do siebie Paladyn. - Oby ta podróż przyniosła im zaszczyty i chwałę...
Tymczasem, daleko na południu, gdzie wśród jaskiń ukrytych na pustkowiach Gerylndu trwały bezustanne poszukiwania, zawrzało. Niemal setka zgromadzonych w tym odludziu orków, ludzi, jaszczurów i krasnoludów zastanawiała się, czy to nareszcie koniec poszukiwań. Jeden z ludzi, najszybciej jak potrafił, biegł w stronę swego pana.
- Lordzie Aldo, Lordzie Aldo! - krzyczał posłaniec. - Mam wiadomość.
- Mów więc - rzekł mag, jak zawsze bez emocji. Jego długie białe włosy lśniły od promieni słońca, za którym nie bardzo przepadał.
- Znaleźliśmy to - powiedział posłaniec, klękając przed swym panem.
- Jesteś pewien? - zapytał Aldo.
- Tak panie, absolutnie - odparł tamten, wciąż kłaniając się nisko.
- Gdzie to jest? - zapytał ponownie mag, głaszcząc swą równie białą brodę.
- Właśnie to wynoszą.
- Znakomicie - odparł Lord i ruszył w stronę jaskini. Aldo po raz kolejny nie okazał emocji, choć osoba obdarzona wyjątkowo sprawnym wzrokiem, mogła by dostrzec błysk w jego zimnych, niebieskich oczach.
- Już wkrótce. Już wkrótce...
Witam serdecznie. Zanim przejdziemy dalej, trochę spraw bieżących. Na początek pochwale się może faktem obronienia swej pracy licencjackiej. Dyplomik odebrany i leży sobie w białej teczce.
Pochwalę się także nową pracą. Od niedawna pracuje w sklepie elektronicznym w Zabrzu. Świetna atmosfera i super ekipa. Pozdrawiam przy okazji. Więc jakby ktoś chciał wpaść po autograf, to wiecie gdzie mnie szukać :)
A tak dodatkowo dla równowagi, żeby za wesoło nie było, to powiem że zbierają się nade mną czarne chmury, ale o tym szerzej przy następnym wpisie.
Co do samej literatury, dziś mała niespodzianka. Tekst który poniżej zamieściłem to pierwsze od dawna opowiadanie gościnne. Autorem tegoż dzieła jest sam Hubert Staniszewski, znany także jako gospodarz HaeS BloG, blogu który mam przyjemność od jakiegoś czasu współtworzyć. Tradycyjnie - LINK. Co więcej, jest to literacki debiut Huberta, więc mam nadzieję, że jego tekst przeczytacie z taką samą przyjemnością co moje własne dzieła (wiem, narcyz ze mnie wychodzi).
Tekst jest dłuższy niż zazwyczaj, nie został jednak podzielony na dwie części na wyraźną prośbę autora. Art autorstwa shadowchild. Thank you Arjen.
No i nie wstydźcie sie zostawiać tu komentarzy. Ja nie gryzę. No chyba, że ktoś poprosi :D
R-Chee
********************************************************************

DZIECINNY STRACH
Pamiętam dobrze tę zimę, chociaż było to może dwadzieścia lat temu. Była mroźna jak nigdy. Nie spotykaliśmy się często, bo nikomu nie chciało się wychodzić z domu na dwudziestostopniowy mróz i śnieg po kolana. No i nie mieliśmy zbyt wielu okazji do rozmów, bo telefony nie były jeszcze tak popularne, jak teraz. Słowem: nasz zespół na okres zimowy jakby zapadł w letarg. Nikt z nas jednak nie leniuchował. Podczas gdy ja wytrwale wymyślałem nowe riffy na gitarze, Maciej cały czas bębnił na perkusji, opracowując nowe przejścia, Andrzej myślał nad tekstami, a nasi bliźniacy, Paweł z Piotrem, oprócz pracy nad doskonaleniem swoich umiejętności gry na gitarze, cały czas myśleli nad możliwie jak najbardziej wymyślnymi kompozycjami. Mieli do tego talent. Kilkanaście riffów na utwór oraz płynne przejście od fragmentu szybkiego, granego w szalonym tempie do refleksyjnej, powolnej solówki – to były główne cechy ich utworów. Mieli talent. Nie będę ukrywał, że to właśnie dzięki nim wynieśliśmy się tak wysoko i zarobiliśmy tyle kasy, chociaż patrząc z perspektywy dnia dzisiejszego jestem szczęśliwy, że ich już nie znam i właściwie to wolałbym ich nigdy nie poznać.
Od czasu do czasu wyglądałem za okno i spoglądałem na biały świat. Nie lubiłem go. Oczy mnie bolały ilekroć tylko na niego spojrzałem. Ciągnąca się jakby w nieskończoność zimna, biała pustka. Biały puch pokrył wszystko, co się dało, zasłaniając przede mną piękno właściwego świata, nie dając nic w zamian. Nachodziły mnie różne myśli, miałem lekkie załamania nerwowe i chyba nawet jakąś odmianę depresji. Nieważne. W każdym razie nie tylko mnie nachodziły takie myśli. Izolacja od świata, zamknięcie w czterech ścianach i kilkutygodniowa stagnacja nie pozostały bez wpływu także na moich przyjaciół. I chyba właśnie dlatego wydana kilka miesięcy po zakończeniu tej zimy płyta (ostatnia nagrana jeszcze w piątkę, przed śmiercią Pawła i moim odejściem) została przez wszystkich okrzyknięta najbardziej mroczną płytą w naszej karierze, pełną pesymizmu i czarnowidztwa, powodującą u słuchacza chwile zwątpienia, smutku i melancholii. Podobno było parę samobójstw inspirowanych tekstami z tej płyty… Opiekuńcze mamusie zaraz na nas wsiadły, mieliśmy też niełatwą przeprawę z Kościołem. Chodziło o wywoływanie u młodych ludzi stanu przygnębienia czy coś. Ale nie było to przez nas zamierzone. Po prostu, pisząc kawałki na tę płytę, zamienialiśmy na nuty te wszystkie uczucia podczas samotnej, mroźnej zimy. A że uczucia były jakie były, to taka była też płyta. Teksty Macieja, moje riffy, kompozycje Piotra i Pawła… To wszystko było przygnębiające i wcale się tego nie wypieram. Ta płyta była taka, jakie były wówczas nasze umysły: smutne, przerażone samotnością i pustką. Myślę, że wielu młodych ludzi, którzy nie mogli znaleźć swojego miejsca w życiu czuło dokładnie to samo. Któż z nas nie zna uczucia osamotnienia? Kto nie boi się, że będzie sam, odrzucony przez innych? Myślę, że młodzi słuchając naszej płyty, zatytułowanej „Sami” inaczej rozumieli te teksty niż my. Podczas gdy my nagraliśmy cały nasz smutek na krążek, oni jak to młodzi ludzie miewają w zwyczaju, przyjęli go nie jako nasz, ale jako swój własny smutek, spowodowany podobnymi, ale przecież w gruncie rzeczy zupełnie innymi przyczynami.
Po wydaniu tej płyty mieliśmy zrobić sobie przerwę na kilkanaście miesięcy. Mieliśmy dość księży, którzy na religii nawijali o szkodliwości naszego zespołu i tanich gazet, które nie mogły powstrzymać się przed dodawaniem przy każdej okazji do nazwy naszego zespołu sformułowania „propagujący samobójstwo” lub – co gorsza – „satanistyczny”, co było totalną bzdurą, obelgą i uderzeniem w naszą dumę. Zwłaszcza dla mnie, jedynego praktykującego i głęboko wierzącego katolika w zespole, było to określenie nie do zniesienia. Kiedyś, będąc na mszy, słyszałem księdza mówiącego podczas kazania o naszym zespole. Było mi strasznie głupio i przykro, ale ksiądz chyba nie wiedział, że jestem na tej mszy… Gdyby wiedział, pewnie jeszcze wskazałby na mnie palcem. Po kilku miesiącach wrzawa, na szczęście, ucichła, chociaż już na zawsze naszą nazwę kojarzono tylko z jednym: z samobójstwami. Doszło do tego, że wstydziłem się przyznać do tego, że grałem w tym zespole i zacząłem rozważać odejście z niego.
Wszystko zaczęło się siedem lat wcześniej, kiedy poznałem bliźniaków. Piotr i Paweł, gitarzysta i basista, mieli już gotowe kilkanaście utworów i szukali kogoś, kto pomógłby im to zagrać. Byli młodzi, narwani i napaleni. Pełni entuzjazmu, którego zawsze im zazdrościłem. Oczywiście, przyłączyłem się do ich grupy, od razu wciągając też mojego kumpla Andrzeja, który był świetnym, chociaż chwilowo bezrobotnym wokalistą. Andrzej od razu napisał nowe teksty do utworów bliźniaków, a oprócz tego załatwił perkusistę (nawet nie pamiętam jak ten miał na imię) i w ten sposób zaczęła się nasza kariera. Potem były małe zawirowania w składzie, perkusiści przychodzili i odchodzili, ale koniec końców trzy lata temu przyszedł Maciek i wszystko wskazywało na to, że zostanie z zespołem jeszcze bardzo długo…
Przed płytą „Sami” nagraliśmy trzy inne krążki. Graliśmy dla sporej (czasem nawet kilkunastotysięcznej!) publiczności, czasem jako główna gwiazda, rzadziej (a właściwie to coraz rzadziej) jako support. Myślę, że dobrze bawiliśmy się przed te kilka lat i zżyliśmy się ze sobą jak nikt inny. Dlatego też trudno mi było podjąć decyzję o odejściu. Do dzisiaj jej właściwie żałuję, ale myślę, że nie miałem wyboru. Czuję się przed sobą usprawiedliwiony, a wydarzenia, które zaraz opiszę, usprawiedliwią mnie chyba także i przed Wami.
Po nagraniu tej płyty Piotr i Paweł troszkę się zmienili. Cała reszta (czyli ja, Andrzej i Maciek) czuliśmy, że coś się z nimi dzieje. Najpierw nie pojechali z nami na wyprawę życia w Himalaje, gdzie przez bite trzy tygodnie mieliśmy się świetnie bawić, nie troszcząc się o nic. Co bardziej zadziwia, pomysłodawcami tego wyjazdu byli właśnie oni. Planowaliśmy ten wyjazd od kilku lat. Zawsze mówiliśmy, że jak tylko się dorobimy porządnej kasy… No i kiedy dorobiliśmy się, załatwiliśmy hotel, samolot i masę innych mało istotnych szczególików, na trzy dni przed wyjazdem, kiedy cieszyłem się jak małe dziecko, dowiedziałem się, że bliźniaków zabraknie. Nigdy nie umotywowali tego dokładnie. Kręcili coś o załatwianiu spraw w sądzie (chodziło o sprawę spadkową między nimi, a ich przyrodnią siostrą, która ciągnęła się już od kilku lat), potem mówili o tym, że tak naprawdę to nigdy ich tam nie ciągnęło i że nie wiedzą skąd taki pomysł… Nie wiem do dziś o co im chodziło, w każdym razie pojechaliśmy, ale nie całą grupą, tylko w trójkę i nie w Himalaje, tylko w Tatry. Po dziś dzień żałuję, że tamten wyjazd się nie odbył i myślę, że mogliśmy w końcu pojechać - jeśli nie w piątkę, to chociaż w trójkę.
Potem odcięli się od nas zupełnie. Nie przychodzili na próby ani na nasze spotkania… A zanim przestali chodzić, przez kilka tygodni byli cisi i milczący, spoglądali na siebie jakby chcieli sobie przekazać „spadamy od tych głupków” albo „ale oni pieprzą głupoty!”. Zespół przeszedł w stadium snu i to snu bardzo głębokiego. Chociaż ja, Andrzej i Maciek nadal się kumplowaliśmy, spotykaliśmy i wygłupialiśmy, to jednak temat zespołu zszedł zupełnie na boczny tor. A tamci… tamtych nie widzieliśmy może nawet pół roku. Nie odpowiadali na telefony, nie przebywali w domu, a ich przyjaciele wiedzieli o nich tyle, co i my.
Jedenasty marca 1984… To data bardzo ważna. Tak ważna, że po dziś dzień wyryta jest na nagrobku Pawła, chociaż tak naprawdę ten nagrobek jest pusty… ale nie uprzedzajmy faktów. O śmierci mojego przyjaciela dowiedziałem się z telewizji. Nikt nie wiedział kto, kiedy i dlaczego to zrobił. Fakt, że znaleziono go z poderżniętym gardłem, wiszącego w największy mróz nago, głową w dół, w lesie nieopodal Wrocławia. Całe ciało miał pokłute igłami. To był niesamowity szok. Wciąż pojawiały mi się w głowie pytania. Kto to zrobił? I dlaczego zrobił to w tak makabryczny sposób? A tak w ogóle to co Paweł robił we Wrocławiu? Nikt na te pytania nie znał odpowiedzi.
Zjawiliśmy się wyznaczonego dnia, tydzień później, na pogrzebie. Zobaczyliśmy po raz pierwszy od bardzo dawna Piotra. Nie chciał zbyt wiele mówić. W ogóle był zamknięty w sobie, nie mówił prawie nic, za to sporo płakał. Był w takim szoku, że chyba nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że z nim rozmawialiśmy. W ciągu tych kilku minut wypowiedział tylko jedno składne i zrozumiałe zdanie: „Jestem winien, nikt tej winy ze mnie nie zmaże”. Nie wiem co miał na myśli, ale muszę przyznać, że Piotr bardzo przeżył tę tragedię. Zresztą… trudno mu się dziwić. Niemniej jednak już następnego dnia przyszedł do nas, przeprosił za to, co było i zaproponował reaktywację zespołu. Byliśmy zupełnie zaskoczeni tym bardziej, że tak na dobrą sprawę to o zespole zapomnieliśmy. Mówił, że chciałby z nami jeszcze grać, tylko musi jeszcze dokończyć kilka spraw i otrząsnąć się z szoku, który przeżył. „Nie byliście tam, gdzie ja byłem i nie wiecie co to znaczy czuć to, co ja czuję” – powiedział. I znów przepadł jak kamfora na kilkanaście dni. Znów nie było go w domu i nikt nie wiedział, co się z nim dzieje. Niewiele jednak troszczyliśmy się o to, znacznie bardziej interesowała nas sprawa śmierci Pawła. Bardzo nam go brakowało i świadomość, że nigdy już z nim nie porozmawiamy i nigdy nie staniemy z nim na scenie była bardzo smutna. Co prawda i tak nie widzieliśmy go pół roku, prawie rok nie graliśmy razem, a pod koniec okresu, kiedy jeszcze mieliśmy z nim okazję rozmawiać, rozmowy były krótkie, nudne i naciągane, ale – póki żył – cały czas była jakaś nadzieja.
Po kilku dniach od pogrzebu pojawiła się nowa sensacja. Grób Pawła został doszczętnie zniszczony. Widzieliśmy to na własne oczy: rozkopany i pusty dół, w którym leżała porąbana siekierą trumna. Pusta trumna. Prasa aż zawrzała. Zaczęły się pojawiać nowe plotki o okolicznościach śmierci jednego z bliźniaków. Były one tak dziwne, że aż niewiarygodne. Paweł miał ponoć po lewej stronie klatki piersiowej podłużną ranę, nieco podobną do tej, jaką mają ludzie po przeszczepie serca… Poza tym mówiono coś o tym, że cały czas w jego organizmie nie było ani kropli krwi. Jakby ktoś ją spuścił bądź… wyssał. Oczywiście, były to tylko plotki. Policja na ich temat uparcie milczała, a po jakimś czasie któryś z policyjnych oficerów zapytany o to oficjalnie zaprzeczył. Niczego nie mogliśmy być pewi, jednak mieliśmy niejasne podejrzenia. Relacje z poszczególnych gazet były zaskakująco podobne, różniły się jedynie w szczegółach. Żadna z nich nie ujawniła skąd ma te informacje…
Piotr wrócił może tydzień, może troszkę później po tej aferze z dewastacją grobu. Myślę, że zaczynał powoli wracać do siebie. Uśmiechał się i dawało się z nim jakoś porozmawiać (chociaż tematu Pawła przezornie unikaliśmy, nie pytaliśmy też o to, co robili przez ostatnie pół roku). Piotr zwierzył się, że ma już pomysł na nową płytę, kilka kompozycji ma już gotowych, kilka jest w trakcie pytania. „Jeszcze w tym tygodniu je skończymy” – powiedział. Zapytałem z zaskoczeniem: „Jak to: skończymy?”. Piotr wówczas strasznie się zmieszał i nie wiedział, co powiedzieć. Stwierdził w końcu, że wciąż myśli, że brat jest w z nim i że pomoże mu to zrobić. Że nie potrafi o nim zapomnieć i dlatego czasem jeszcze z rozpędu używa liczby mnogiej. „Zawsze było nas dwóch… i byliśmy jednym… trudno podzielić samego siebie na pół i żyć tylko tą jedną połową, a o drugiej tak po prostu zapomnieć”. To wytłumaczenie nas zadowalało.
Obiecał, że do końca tygodnia będą wszystkie kompozycje - i obietnicy dotrzymał. Przyniósł gruby zeszyt, a w nim trzynaście kompozycji, rozpisanych na gitarę, bas, perkusję i partię wokalną. Zapytałem wtedy: „A gdzie druga gitara? I kto zastąpi Pawła na basie?”. Wytłumaczył mi wtedy, że na basie będzie grał on, a drugiej gitary tak po prostu nie będzie. No i wszyscy się zgodzili.
Myślę, że nigdy nie było już tam samo, jak wtedy, przed śmiercią naszego basisty, a właściwie to przed nagraniem płyty „Sami”. Teraz Piotr był dziwny i milczący, co prawda odzywał się i rozmawiał z nami, ale czuć było, że to nie ten sam człowiek, co kiedyś. Brakowało w nim tej ikry, entuzjazmu, którym kiedyś (wespół z bratem) wszystkich zarażał, którym nas mobilizował do wysiłku i poprawiał atmosferę w zespole. Teraz coraz częściej czuliśmy może nie nudę, co monotonię tego, co robimy. Nie czuliśmy już radości w tym graniu. To, co kiedyś było wciągającą jak odkurzacz przygodą, pobudzającą wyobraźnię i będącą samą w sobie fascynującym światem, teraz stało się zaledwie następującym po sobie ciągiem chwytów i przejść, który czasem fajnie brzmiał, ale bynajmniej nie dawał nam żadnej satysfakcji. Nie mieliśmy już w sobie tego czegoś, co mają małe dzieci, dla których wszystko jest fascynujące, tajemnicze i niezbadane, dla których tajemniczy świecący punkt na niebie to nie samolot przygotowujący się do lądowania, ale UFO, a zwykła rudera jest dla nich siedliskiem duchów i innych potworów... Tak samo my jeszcze niedawno grając utwory wyobrażaliśmy sobie, że jakiś dźwięk to wyraz pustki, jaka ogarnia przestrzeń kosmiczną, a inny znów jest jak śpiew syren na tle szumu morza... To było takie fascynujące... Teraz po prostu słyszeliśmy dźwięki gitary/perkusji/basu, które układały się w zgrabne, wpadające w ucho melodie. Nic więcej!
Piotr chyba też zauważył spadek morale zespołu. Raz nawet powiedział wprost, że chyba niczego już porządnego nigdy nie nagramy, ale żebyśmy chociaż spróbowali... A my próbowaliśmy, ale nam nie wychodziło. Dzisiaj już wiem, że za bardzo próbowaliśmy zagrać to dokładnie i zsynchronizować się ze sobą i myśleliśmy o tym tak mocno, że nawet nie mieliśmy czasu, żeby poczuć tę muzykę.
Tymczasem prasa pseudonaukowa, czyli czasopisma zajmujące się parapsychologią i innymi zjawiskami nadprzyrodzonymi, próbowała zająć się „na poważnie” sprawą Pawła. Zebrali do kupy wszystkie plotki i fakty na temat jego śmierci i szukali ich związków z różnymi obrządkami religijnymi, takimi jak Voo-Doo czy też sektami. Właściwie to artykuł sprawiał wrażenie (podobnie, jak inne artykuły w takiej prasie) mocno naciąganego, szukającego dziury w całym i kojarzącego fakty, których nikt zdrowy na umyśle by nie skojarzył. Można było więc sobie poczytać o tym, że naszego przyjaciela prawdopodobnie porwało UFO albo że był wampirem, który za swoje nieposłuszeństwo został unicestwiony. No i dobiła mnie ostatnia plotka, która najbardziej mi utkwiła w głowie i najmocniej przeraziła: że Paweł wraz ze swoim bratem przechadza się od czasu do czasu nocą po ciemnych uliczkach miasta. Zawsze traktowałem tego typu prasę jako czytankę dla dużych dzieci z jeszcze większą wyobraźnią, nie miałem więc problemu z racjonalnym potraktowaniem tych nieracjonalnych wniosków, niemniej jednak śmierć Pawła cały czas nie dawała mi spokoju. Najpierw jego zniknięcie, i to na pół roku, potem makabryczne odkrycie jego ciała – mało, że zmasakrowanego, to jeszcze odkrytego w zupełnie innym rejonie Polski, a na koniec zniknięcie zwłok. To dawało mi naprawdę sporo do myślenia. No i jeszcze te plotki o wyssanej krwi i braku serca.
Męczyło mnie to dobrych kilka tygodni. Po tym czasie podjąłem ostateczną decyzję: porozmawiam z Piotrem. Miałem prawo wiedzieć, co doprowadziło mojego kumpla do tak dziwnej śmierci, gdzie byli przez te pół roku, co się z nimi działo i dlaczego Piotr do nas wrócił. No i czy te ploty o krwi i sercu były prawdziwe... kto, jak kto, ale rodzony brat i to w dodatku bliźniak w końcu powinien coś o tym wiedzieć.
Jeszcze tego samego dnia poszedłem do Piotra i zapytałem wprost o to wszystko. Spojrzał na mnie dziwnie i milczał kilka sekund, potem zapytał, czy chcę może coś do picia, bo ma mi wiele do przekazania i zajmie to wiele czasu. Zgodziłem się. Przyniósł mi herbatę i zaczął o czymś opowiadać. Niczego szczególnego się nie dowiedziałem, może poza tym, że Piotr cały czas przeżywa załamania nerwowe. Nie bardzo wiedziałem o co mu chodzi i co to wszystko ma wspólnego ze śmiercią Pawła. To znaczy owszem: załamanie nerwowe mogło (a nawet musiało) być skutkiem śmierci Pawła, ale ja bardziej szukałem informacji o przyczynach tej tragedii. Tutaj Piotr o wiele bardziej bał się odpowiedzi. Wykręcał się od niej, a o swojej półrocznej niebytności mówił tylko tyle, że musiał zmienić klimat i środowisko i wyjechał. Gdzie i po co – tego już nie chciał zdradzić, a ja zbytnio nie naciskałem. Straciłem w trakcie rozmowy nadzieję na to, że kiedykolwiek wydobędę od niego tę informację. Miałem już wstać i wyjść, kiedy nagle coś mnie powstrzymało, jakby sparaliżowało. Bałem się wstać. Czułem, że w pokoju pojawił się jakby chłód, coś bardzo osobliwego i nieprzyjemnego. Spojrzałem na Piotra. Ten patrzył w stronę drzwi, a na jego twarzy malowało się przerażenie i frustracja. Nic nie mówił, ale miałem wrażenie, że chce coś powiedzieć do kogoś, kto w tych drzwiach stoi. Ale przecież byliśmy w domu sami. Nagle usłyszałem za sobą znajomy, chociaż odmieniony od tego, który znałem dawniej, głos, który powiedział: „On ma prawo wiedzieć... niech się dowie”. Odwróciłem się. Wtedy właśnie go zobaczyłem. Po raz pierwszy od bardzo dawna. Był prawie taki, jak zawsze. Podobny do Piotra jak dwie krople wody – tyle, że miał pod okiem coś jakby krostę, po której zawsze go odróżniałem. Trudno było uwierzyć w to, że mam naprzeciw siebie Pawła. Był nieprzyzwoicie blady. I było w nim jeszcze coś, co mnie przerażało. To był ten chłód, ale czy na pewno tylko to? Patrzyłem na niego blisko minutę w osłupieniu i wtedy zrozumiałem: przecież on nie oddycha! „Paweł?” – zapytałem w osłupieniu. On nie powiedział nic, jedynie gapił się tępym wzrokiem prosto na zmieszanego i przerażonego Piotra, który już zupełnie nie wiedział co ma ze sobą i tą całą sytuacją zrobić. „Powiedz”- powtórzył Paweł, duch Pawła, czy też cokolwiek innego to było. Jego żyjący jeszcze brat powiedział: „Przedstawiam Ci mojego brata, Pawła. Co prawda go już znasz, ale myślę, że teraz musisz go poznać na nowo, bo jest zupełnie innym człowiekiem. Jeśli w ogóle można go jeszcze nazwać człowiekiem...”. Paweł podszedł do mnie i wyciągnął rękę. Teraz ten dziwny, przerażający chłód czułem ze zdwojoną siłą. Nieufnie i niepewnie podałem mu dłoń i ścisnąłem ją lekko. Była zimna. Czułem, jakbym dotykał kogoś, kto właśnie wrócił z trzydziestostopniowego mrozu. Paweł spojrzał mi w oczy. Nie było w nim tego spojrzenia, które znałem przedtem. Nie widziałem w nim w ogóle tego człowieka. Teraz sprawiał wrażenie kogoś obcego, jakby z innej planety, istotę tajemniczą i taką, której trudno zaufać. Przez chwilę miałem wrażenie, jakby jego oczy świeciły na czerwono. Poczułem się znów jak małe dziecko, dla którego nie wszystko jest jasne i oczywiste i które widząc nogę misia wystającą spod tapczanu, nie wie, że to miś, ale wyobraża sobie, że to jakiś potwór ukrył się pod łóżkiem. Takie dziecko potem boi się wchodzić do pokoju. Tak, czułem dokładnie to samo. Przede mną stało coś obce i nieznane, coś, czego się bałem. Cały czas trzymałem jego rękę, patrząc mu w oczy. „To nie Paweł” – pomyślałem – „to w ogóle nie jest człowiek”. Nagle puściłem jego dłoń i wybiegłem z mieszkania. Nie mogłem otrząsnąć się z szoku. „A może mi się tylko wydawało?” – myślałem. Trudno mi było uwierzyć w to, że Paweł żyje, a nawet, jeśli nie żyje, to w jakiś tajemniczy sposób egzystuje na tym świecie.
Przyszedł następny dzień. Ja, Andrzej, Maciej i Piotr zebraliśmy się w naszej sali prób. Podczas gdy Andrzej z Maciejem wnosili głośniki z samochodu, Piotr zapytał na osobności czy komukolwiek mówiłem o tym, co widziałem poprzedniego dnia. Zaprzeczyłem. Na jego twarzy pojawił się wyraz ulgi. Poprosił, aby nigdy nikomu słowem o tym nie wspominał. Obiecałem, że nie powiem. Paraliżował mnie strach. W tym wszystkim maczały ręce jakieś moce piekielne, istoty z innego wymiaru... Nie chciałem się w to mieszać. Miałem tego dość i po prostu chciałem o tym zapomnieć. Przeprosiłem też Piotra za wizytę i obiecałem, że nigdy go już o nic związanego z tym nie zapytam.
I znów minęło kilka tygodni, podczas których starałem się jak najusilniej wymazać z pamięci martwego-żywego Pawła. Praca nad naszą nową, pierwszą od ponad roku płytą cały czas posuwały się do przodu. Załatwiliśmy już wytwórnię, a ta z kolei załatwiła nam studio nagraniowe. Utwory mieliśmy dopracowane już dokładnie. Andrzej cały czas co prawda zmieniał jakiś tam wyraz w tekście, ale ogólnie wszystko było dopięte na ostatni guzik. 1 czerwca 1984 mieliśmy wejść do studia. Wtedy właśnie Piotr zachorował. Terminarz studia nagrań był bardzo napięty, było ono tak na dobrą sprawę zajęte non-stop, a w tamtych czasach ciężko było o jakiekolwiek studio. Gdybyśmy teraz zrezygnowali, następną okazję do rejestracji materiału mielibyśmy w najlepszym wypadku za jakieś pół roku. Byliśmy bardzo roztrzęsieni i zdenerwowani tą sytuacją, nie bardzo orientowaliśmy się co w związku z tym mamy robić. Wtedy właśnie Piotr wpadł na ten iście szatański pomysł... Ale nie uprzedzajmy faktów.
Grupa (a przynajmniej jej większość) zadecydowała że pójdziemy do niego do domu i tam naradzimy się co z tym fantem zrobić. Co prawda ja byłem temu zdecydowanie przeciwny jako że bałem się, że spotkam tam to coś, a nie bardzo mi się spieszyło, aby zobaczyć to ponownie. Nie umiałem jednak racjonalnymi argumentami przekonać chłopaków, a o prawdziwej przyczynie mojej niechęci do wizyty u Piotra (a właściwie to Piotra i Pawła) nie mogłem mówić, bo przecież obiecałem. W końcu stanęło na czym stanęło: idziemy. No i poszliśmy.
Pojawiliśmy się tam już następnego dnia. Od razu po wejściu do mieszkania poczułem to. Ten chłód. Wiedziałem, że ON tam gdzieś jest. Andrzej i Maciej niczego jednak nie poczuli i niczego nie podejrzewając spokojnie przeszli przez korytarz i weszli do pokoju Piotra. Piotr był po prostu przemęczony i może troszkę przeziębiony, chociaż rzadko zdarza się to późną wiosną (a w zasadzie już latem). Stwierdził, że czuje się już dobrze i moglibyśmy wejść do studia nawet jutro, chociaż... „zawsze grałem na gitarze” – mówił - „i jakoś nigdy nie miałem przekonania do swoich umiejętności do gry na basie. Chciałbym, aby... aby zagrać ktoś inny”. Na twarzach Macieja i Andrzeja widziałem lekkie zdumienie czy zaskoczenie. Jednak gdyby ktoś spojrzał wtedy na moją twarz, zobaczyłby bezgraniczny strach. Myślę, że wtedy cały zbladłem i do teraz sam się sobie dziwię, że nie zemdlałem. Bo już wtedy wiedziałem, kogo miał na myśli Piotr mówiąc, że chce, aby zagrał „ktoś inny”.
Nie minęło wiele czasu, kiedy nagle lekki chłodek przemienił się w okropne zimno. W drzwiach pojawił się ON. Człowiek-widmo, którego miałem nadzieję nigdy już nie zobaczyć. Niewiele się zmienił od czasu, kiedy ostatnio go widziałem. Nawet ubrany był tak samo jak wtedy. Tyle, że teraz miał na szyi pasek, na którym była uwieszona jego czterostrunowa gitara. Spojrzałem na niego z przerażeniem. Andrzej i Maciej patrzyli na to zjawisko nie tyle ze strachem, co z zadziwieniem i fascynacją. Piotr podał bratu przewód od pieca, który ten podłączył do gitary i zaczął grac. Trudno opisać, co wtedy czułem. Nigdy ani wcześniej, ani później nie słyszałem, aby ktoś grał tak pięknie jak on. Przebierał palcami po strunach bardzo szybko i grał... powiedzieć, że pięknie, to zbyt mało. Słuchanie jego gry było dla mojego umysłu tym samym, czym dla ciała jazda karuzelą – każda nutka była niesamowitym uniesieniem, czymś, dla czego czuło się, że chce się żyć. Spojrzałem jeszcze raz na chłopaków, z jaką dziecinną radością patrzyli na grającego Pawła, jak ich to wciągnęło i zafascynowało. I spojrzałem na niego samego. Grał bardzo szybko, płynnie, pewnie. I bardzo, bardzo pięknie. Ale ta jego twarz... Była okropna. Straszna. Zupełnie jakbym widział trupa. Blady, nie ruszający się, nie oddychający... Jedynie jego wzrok zdradzał oznaki życia – wzrok szaleńczy, obłąkany, jakby były to oczy mordercy bądź jakiegoś zboczeńca. Ten widok był najgorszym widokiem w moim życiu. I dziwiłem się, że reszta tego nie dostrzega. Że jest on taki nieludzki, taki martwy, taki zupełnie obcy. Cały czas czułem tylko chłód jego ciała i nawet jego cudowna muzyka nie była w stanie zagłuszyć w moim umyśle nienawiści pomieszanej ze strachem. Nie czekałem, aż on skończy grać i wyszedłem z mieszkania. To było dla mnie nie do wytrzymania.
Jeszcze tego samego wieczora zadzwoniłem do Andrzeja i zapytałem, co w końcu ustalili w sprawie studia nagrań. Andrzej był oczarowany Pawłem. Powiedział, że nigdy nie słyszał, aby ktoś tak cudownie grał. Że Paweł gra o wiele lepiej niż kiedyś, że zostaje z powrotem przyjęty do zespołu i że następnego dnia mieliśmy zacząć nagrania. Piotr miał w nich nie uczestniczyć, a zamiast niego miał zagrać jego brat.
Nie zastanawiałem się ani chwili i od razu powiedziałem Andrzejowi, że w takim układzie odchodzę z grupy. Natychmiast. „Nie stawię się jutro razem z tym czymś w studiu nagrań, choćby nie wiem co, i gówno mnie obchodzi co zrobicie” – powiedziałem. Andrzej próbował jeszcze mnie przekonywać, ale słuchając go miałem wrażenie, że on chyba nie rozumiał, że Paweł nie żyje i że tak naprawdę należy do innego świata i na naszym w ogóle nie powinien przebywać. Nie mogliśmy się w ogóle dogadać. Wyglądało na to, że Andrzej, mój od wielu lat najlepszy przyjaciel, nie ma zielonego pojęcia o co mi chodzi i dlaczego robię tak, jak robię. Moje motywy były dla niego zupełnie niezrozumiałe, a obecność Pawła wśród nas czymś tak oczywistym jak to, że jutro będzie dzień.
Nie poszedłem tam. Co więcej, nigdy już ich nie widziałem. Ani Andrzeja, ani Macieja, ani Piotra, ani też - z czego jestem nad wyraz szczęśliwy – tego paskudnego potwora. Czasem tylko miałem okazję zobaczyć ich w telewizji. Oczywiście, tylko w trzech, bo Paweł generalnie się nie pokazuje.
Płyta wyszła. Skład zespołu, jaki był na wkładce to: „Andrzej – voc, Paweł – git, Maciej – drums”. I basista studyjny, nazwiska nie podano, ale wiele razy słuchałem już tej płyty i dobrze wiem, kto grał na basie. Nie napisali tego we wkładce, bo co mieli napisać – że w ich zespole gra zombie?
Niemniej jednak miałem okazję jeszcze raz w swoim życiu zobaczyć Pawła. W jednym z ich teledysków gra on, pół na pół z Piotrem, główną rolę, w clipie do piosenki w której człowiek bardzo chory wspomina czasy, kiedy był zdrowy. Często potem w prasie pisano, że „świetnie ucharakteryzowano Piotra”. Niesamowicie żałuję, że prawdę znam tylko ja i chłopaki z zespołu.
Od czasu do czasu, różnymi kanałami, słyszę jeszcze jakieś wieści z zespołu. Na wakacje zespół, o którym wszyscy myślą, że jest tercetem wyjeżdża w odludne miejsce i to, czego boi się najbardziej na świecie to dziennikarze. Chyba nawet wiem, dlaczego tak jest. Zapewne nie jeżdżą na te wakacje w trójkę i nie chcą, aby ktokolwiek się o tym dowiedział.
Co tak naprawdę wydarzyło się wtedy, w marcu 1984, w tym lesie pod Wrocławiem? I co stało się potem, na cmentarzu i kim tak naprawdę jest Paweł? Czy to, co wtedy, prawie dwadzieścia lat temu widziałem, było prawdą, czy tylko zmorą, widziadłem, urojeniem, moim własnym wymysłem? Czy to możliwe, że Paweł, pozbawiony serca i krwi, nadal egzystuje na tym świecie jako chodzący trup? Dlaczego Andrzej i Maciej tego nie dostrzegają? I w końcu co o tej sprawie wie Piotr?
Nie chcę o tym wszystkim myśleć. Przeraża mnie to. Mam nowe życie, nowych przyjaciół. Jestem szczęśliwy. Mój spokój mącą jedynie piosenki mojego byłego zespołu w radiu, a właściwie nie tyle piosenki, co ten dudniący w nich dźwięk gitary basowej, który słyszę bardzo wyraźnie i którego bardzo, bardzo nie lubię...
Copyright 2003 by HaeS
Witam po nieco dłuższej nieobecności. Wiele się ostatnio u mnie działo, stąd nie bardzo miałem czas na nowe wpisy. Jakkolwiek co dzień zaglądam tu chociażby na 5 minut i musze przyznać, że jestem niesamowicie zadowolony ze wzrostu popularności mojego bloga, wyrażający się poprzez ilość odwiedzin. Nie wiem czy obecna ilość dziennych wejść to jakiś błąd systemu, zainteresowanie bootami od kiedy wyłączyłem antyspam czy istotnie ktoś odkrył moją stronę i walają tu tłumy. Oczywiście wolałbym, aby prawdziwa okazała się ta ostatnia wersja. Co by się jednak za tym nie kryło, jest to niesamowicie mobilizujące. Gdyby jeszcze tylko częściej pojawiały się jakieś komentarze i wpisy w księdze gości...
Jeden z moich stałych czytelników zasugerował, że na potrzeby Kroniki Gildii Magów powinienem stworzyć mapę świata w którym opowiadanie się rozgrywa. Zapewniam, że taką już od dłuższego czasu posiadam i gdy tylko doczeka się ona ostatecznego kształtu (w toku dziejącej się historii wciąż jest nieznacznie modyfikowana), zamierzam zamieścić ją na blogu wraz ze szczegółowym opisem poszczególnych krain, jako osobny wpis.
Przypominam również, że nadal współtworzę blog Huberta Staniszewskiego: LINK.
Zapraszam na lekturę dalszej części przygód zaczerpniętych z Kronik Gildii Magów. Art autorstwa DYPSOMANIART. Thank you Jesse.
**************************************************************************************************

ROZDZIAŁ V
DEMON ZAKLĘTY W RUBINIE
Droga była pusta. Ciszę przerywały jedynie odgłosy wydawane przez polujące nocą zwierzęta. Księżyc, pomimo pełni, z racji dużego zachmurzenia, nie dawał zbyt wiele światła. Mimo iż noc była zimna, w powietrzu można było wyczuć zapach liści niesiony przez delikatny wiatr. Obraz wzdłuż niewielkiej ścieżki rysował się różnorakimi odcieniami ciemnego błękitu. Drogą tą podążało dwóch, najwyraźniej zmęczonych jeźdźców.
Pierwszy z nich, prowadzący białego konia, był dość wysoki, odziany w ciemnoszary, niczym nie wyróżniający się płaszcz, zniszczony w skutek długotrwałego użytkowania. Jeździec miał długie, kruczoczarne włosy, gęste brwi i nienaturalnie skrzywiony noc. Minę z kolei miał taką, jakby podróż była dla niego udręką.
Drugi, siedzący z tyłu niższy z podróżnych, miał ciemnozielone, zabrudzone ubranie wykonane ze skóry. Był lekko zgarbiony i uśmiechał się szyderczo, ściskając w ręce jakiś zawinięty w chustę przedmiot. Drugą ręką trzymał się siodła. Jego rzadkie włosy, ułożone na głowie w chaotyczny sposób dawały jasno do zrozumienia, że dbałość o własny wygląd nie była cnotą tegoż człeka. Wielu by się pewnie nawet nie zgodziła nazywać ów istotę człowiekiem. Zbyt odbiegał on swoim oryginalnym wyglądem od standardów jakimi owe istoty się cechowały. Ale Flint wcale się tym nie przejmował. Wręcz przeciwnie, był dumny z tego, że budzi w innych trwogę (bo strach, jak sam sądził, mógł wywołać jedynie jego pan - Lord Aldo).
- Chyba udało nam się zgubić pościg - wyznał szeptem Veron. Najwyraźniej sam do końca nie wierzył, że tak łatwo zdołają uciec przed gwardią królewską.
Zdołali przemierzyć już większość Fionni (bezpiecznie omijając jej stolicę - Eidij), ale przed nimi nadal rysowała się daleka droga.
- Czas ucieka. Jeśli nie zdążymy na czas spotkać się z Shalatarem - kontynuował Veron. - Lord Aldo nie będzie zadowolony.
- Sądzę, że Shalatar będzie na nas wyczekiwał - odparł Flint bez emocji.
- Skoro tak sądzisz - rzekł obojętnie Veron. - Ale nadal nie mogę pojąć, w jaki sposób tak łatwo udało nam się przejechać przez...
Nim Veron skończył wypowiadać owe słowa, tuż obok jego głowy świsnęła strzała, prawdopodobnie wypuszczona z dobrej jakości kuszy.
- STAĆ W IMIENIU KRÓLA! - usłyszeli za sobą czyjś groźny okrzyk, po czym w ich stronę pofrunęło kilka kolejnych strzał, ozdabiając poniektóre z pobliskich drzew.
- Wio! - krzyknął Veron pośpieszając nerwowo konia.
Gwardia królewska ruszyła za zbiegami. Trudno było określić ich dokładną liczbę w tych ciemnościach. Veron był jednak pewny, że goni ich większa grupa niż ta, która ich niedawno rewidowała. Zapewne niedaleko stąd ulokowany został posterunek i żołnierze króla ściągnęli stamtąd posiłki.
- Szybciej Veron! - ponaglał Flint. - Ustrzelą nas.
- Nie marudź, tylko się mocno trzymaj - Veron starał się kontrolować sytuację.
Trzech rycerzy, wyposażonych w lepsze albo bardziej wypoczęte konie, powoli doganiała uciekinierów. Veron zerknął przez ramię. Wiedział, że starcie jest nieuniknione.
- Musimy walczyć - rzekł Veron sięgając lewą ręką do swego pasa. Był mańkutem, co często ku zdziwieniu przeciwników, ratowało mu skórę.
Gdy pierwszy z jeźdźców, z wyciągniętym przed się mieczem, był już niemal przy zbiegach, Veron szybkim ruchem ręki (nawet specjalnie nie mierząc) wypuścił jeden ze swych sztyletów. Ostrze trafiło w szyje konia na którym zasiadał rycerz. Zwierzę z impetem wpadło na drzewo, łamiąc sobie kark i zabijając swego jeźdźca, którego płuca przebiła jedna z gałęzi. Pozostali goniący nie zniechęcili się jednak. Wręcz przeciwnie, jakby bardziej przyśpieszyli konie.
- Flint! Łap w dłoń swój nożyk i zacznij zabijać do cholery!
Flinta jakby zaskoczyły słowa Verona, ale uznając że ma rację, chwycił swój nóż (na którym były jeszcze ślady krwi Hatat'ra) po czy skierował swój wzrok na ścigających ich rycerzy. Dwóch najszybszych, z kuszami na plecach i z wyciągniętymi mieczami, wciąż poganiało swe konie. Flint, widząc że kolejny z jeźdźców ich dogania, wstał i skoczył w stronę rycerza. Ten zaskoczony, nie zdołał się obronić i już po chwili w jego twarzy zastygł nóż stwora. Trzeci ze ścigających, widząc upadającego na ziemię towarzysza i „przyklejonego” do jego twarzy dziwacznego stwora, zatrzymał się i zwinnym ruchem wyciągnął zza pleców swoją kuszę. Szybko wycelował w uciekającego już w krzaki stwora, lecz nim zdołał wypuścić pocisk, w jego szyi znalazł się kolejny ze sztyletów Verona. Rycerz żyj jeszcze, ale zdołał tylko spojrzeć w oczy swego zabójcy. Po chwili zsunął się z siodła i plując krwią, kończył powoli swój żywot.
- Flint, bierz mój sztylet i wskakuj na koń! - krzyknął Veron. Jednak reszta ścigających była bliżej niż sądził i już po chwili jego prawą dłoń przebił grot strzały. Veron jęknąć z bólu.
Spłoszony Flint wskoczył w pobliskie krzaki, zostawiając towarzysza na pewną śmierć. Veron widząc to, szybkim ruchem pozbył się uwierającego go bełtu i odwrócił konia, by jak najszybciej ruszyć przed siebie, z Flintem lub bez. Veron nawet pomyślał, że bez tego śmierdzącego stwora ma większe szanse na ucieczkę. Koń ruszył pędem, uciekinier jednak upadł na ziemię z kolejnym prezentem od ścigającej go gwardii, tym razem wbitym w plecy. Spadając na lewą stronę, nożownik zobaczył tył uciekającego w popłochu konia i stracił wszelką nadzieję na ratunek.
Marco stał na szczycie wzniesienia, które oddzielało obie armię. Owe wzniesienie było też naturalną granicą, między północnym a południowym Hesprem. Kiedyś stały tu fortyfikacje, ale po zjednoczeniu Hespru z krainami południa, nikt nie sądził, że takowe zabezpieczenia będą jeszcze kiedykolwiek potrzebne. Los jak widać bywa przewrotny.
Był środek nocy. Marco patrzył w stronę świateł jakie wypływały z obozowiska wroga. Było cicho, za cicho...
- Poruczniku - podbiegł do Marca jeden z Paladynów. - Poruczniku, mamy dezerterów z obozu wroga.
- Mistrz Estild już wie? - zapytał oficer.
- Dowódca już został poinformowany - odparł tamten.
- Doskonale. Zaprowadźcie mnie do nich.
- Ilu was jest? - zapytał Marco jednego z krasnoludów.
- Czterdziestu sześciu. No i jest jeszcze... ten tam...
Marco patrzył na krasnoluda nie bardzo rozumiejąc, o co też temu brodatemu jegomościowi może chodzić.
- Tam - rzekł krasnolud wskazując ręką na stojącego w tyle stwora.
Marco podszedł do niecodziennego dezertera. Zmierzył go wzrokiem (a był dość wysoki, nawet jak na przedstawiciela swojej rasy) i stanął na przeciw niego.
- No proszę. Ork. Kim jesteś i dlaczego uciekłeś z tymi krasnoludami? Mów natychmiast!
Po przeciągającej się chwili ciszy znowu przemówił Paladyn. Widzisz tych rycerzy. Nie będą się z tobą patyczkowali, jeśli nie będziesz odpowiadał po dobroci.
Ork nie rzekł jednak nic.
- Skuć go! - krzyknął w końcu Paladyn do swoich żołnierzy.
- Stać, zignorować ten rozkaz - krzyknął ktoś z nadchodzącej grupy. Marco wiedział, że to glos Mistrza.
- Ależ Mistrzu - zaczął się tłumaczyć oficer - ten ork nie chciał współpracować.
- Bo to niepokorny lud - odparł Estild. Obok niego kroczył Pelin..
- Panie, wiem że żywisz niezrozumiały nawet dla mnie sentyment do orków, ale ta istota nie zawaha się...
- Nie żywię sentymentu do orków - przerwał Estild swojemu oficerowi w pół słowa. - Mam sentyment do tego jednego.
Wszyscy spojrzeli ze zdziwieniem na swego dowódcę. Ten jednak nic sobie nie robił z ich zaskoczenia, podszedł do orka i rzekł:
- Witaj En-Hrak, stary przyjacielu?
- Witaj mistrzu Estild. Wiele mam ci do opowiedzenia.
Gwardia królewska, uszczuplona o trzech rycerzy, stłoczyła się wokół rannego zbiega. Ten zdołał wstać, ale ledwo utrzymywał się na nogach. Cały jego szarawy płaszcz przesiąknięty był krwią sączącą się z rannych pleców. Veron nie widział szans na ratunek. Klął na Flinta, że ten zostawił go na pastwę losu.
- Który pierwszy - rzekł szarmancko ranny, samemu nie do końca wiedząc, co chciał przez to powiedzieć.
- Chcesz walczyć posługując się tylko jedna ręką i to w dodatku lewą? - spytał dowódca pościgu.
Teraz Veron znał dokładną liczbę rycerzy. Dziewięciu drani plus tych trzech których zdołali ubić dawało cały tuzin. Wiedział, że nie da rady wszystkim, ale może chociaż zabije ich szefa.
- Ty, baron - rzekł Veron wyraźnie zwracając się do dowódcy. - Zawrzyjmy układ.
- Nie przystaje na układy z mordercami - odparł tamten.
- Wyzywam cię na pojedynek - kontynuował swą grę Veron. Wiedział, że musi grać na zwłokę. Tylko to mu pozostało. - Jeśli wygram puścicie mnie wolno, jeśli z kolei przegram to i tak mnie zabijecie.
- Dość tego, zabijcie go! - rozkazał oficer.
- Boisz się stanąć do uczciwej walki z rannym mistrzem miecza ty pieprzony tchórzu.
- Nie zdołasz się uratować takim głupim gadaniem. Nie masz do czynienia z byle zbójami. Jesteśmy częścią armii królewskiej. Nie musimy ci nic udowadniać, a już na pewne nie musimy cię wysłuchiwać. Eric. Dawaj kuszę!
Veron zobaczył, że dowódca rycerzy ma zamiar sam dokonać na nim egzekucji. No cóż, nie udało się. Przyjdzie mu zdechnąć w tym cholernym lesie. A może jednak...
Nożownik wyprostował się.
- Celuj w głowę - rzekł do kata. Ten z uśmiechem na ustach podniósł kuszę, która początkowo wycelowana była w serce skazanego na śmierć. Oficer wypuścił bełt, nie zdołał jednak docenić szybkości rannego nożownika. Veron przechylił głowę, a pocisk trafił w ramię stojącego za nim rycerza. Szybki ruch ręką i w nodze oficera znalazł się nóż, rzucony przez rannego w plecy uciekiniera.
No to już koniec. Zamiast zabić dwóch napastników, Veron zdołał ich tylko rozsierdzić.
- Koniec żartów - wykrzyczał dowódca wyciągając z uda sztylet. - Zabić go!
- Kilku rycerzy rzuciło się na wroga.
- Hej wy - rozległo się nagle zza ich pleców. Wszyscy się zatrzymali i spojrzeli w tył. Stał tam nie kto inny jak sam Flint, trzymając w ręku coś przypominającego rubin.
- Puśćcie go wolno, to pozwolę wam odejść.
Wszyscy, włącznie z dowódcą parsknęli śmiechem. Nic jednak nie powiedzieli.
- Zostawcie go, bo zabije was wszystkich! - powiedział z groźną miną Flint. Zebranym przestał się udzielać humor.
- To pewnie ten drugi - rzekł szef, po czym wskazując na dwóch swych rycerzy rzekł: - Ty i ty. Brać tego cudaka. A reszta niech mi pilnuje tego z nożami.
Dwóch wyznaczonych przez dowódcę rycerzy ruszyło śmiało w stronę Flinta.
- Nie pozostawiacie mi zatem wyboru - rzekł Flint wyciągając przed siebie ów rubin. Wiedział, że żadne słowa nie zatrzymają gwardii królewskiej i w gruncie rzeczy cieszył się, że sprawy przybrały taki obrót. Wreszcie będzie mógł się zabawić. Flint oblizał wargi.
- Demonie płonącego świata, sługo Wybranego, przybywaj na me wezwanie. Zniszcz tych niewiernych, którzy twym panem gardzą.
Flint podniósł klejnot do góry i krzyknął: - Przybywaj Czerezo.
Nad obozowiskiem kropił deszcz, nic wielkiego, atoli potrafił przygnębić stacjonujących tu żołnierzy. Dzięki zastosowaniu tłuszczy uzyskiwanych z dzikiej zwierzyny, ogniska w obozie paliły się jednak bez większych problemów. Przy jednym z nich siedziała dwójka towarzyszy.
- Co o tym wszystkim myślisz Marco?
- Nie wiem - odparł ów i spojrzał w stronę ogniska. - Nie ufam orkom tak jak i ty. Zbyt wiele razy zaznaliśmy krzywd z ich strony. Z drugiej jednak strony - kontynuował po chwili oficer - nikomu tak nie ufam jak Estildowi. Może powinniśmy zrobić wyjątek i ze względu na naszego dowódcę, dać temu stworowi szansę.
- Mam podobne odczucia Paladynie - odparł Pelin. - Ale my krasnoludy jesteśmy z natury bardziej ostrożni od was. Uważam, że powinniśmy mieć tego całego En-Hraka na oku.
- Skoro tak mówisz - rzekł Marco grzebiąc z nudów patykiem w ognisku. To nie pierwsza rozmowa tej dwójki. Od kiedy krasnoludy przybyły z pomocą, Marco i Pelin sporo czasu spędzili na rozmowie. Estild wydawał się hersztowi krasnoludów nieco zbyt oschły. Ale to może tylko takie niczym nie potwierdzone odczucie. Jakkolwiek Marco był dla Pelina znacznie ciekawszym rozmówcą.
- Pogadam z którymś z magów - przerwał dość długo trwającą ciszę Pelin.
- Po co?
- Zapewne są w ich szeregach magowie magii psychicznej. Gildia zawsze kogoś takiego posyła z pozostałymi. Może pomoże nam odkryć prawdziwe zamiary orka.
- Hm... może to i nie głupi pomysł, ale Estild...
- Estild nie musi o niczym wiedzieć - przerwał Pelin, nim Paladyn zanegował jego pomysł. - Załatwimy to po cichu, bez zbędnych świadków.
- No sam nie wiem - rzekł Marco nadal nie przekonany do pomysłu krasnoluda.
- W takim razie sam to załatwię - rzucił nieco zawiedziony Pelin i wstał z zamiarem udania się do swego namiotu.
- Zaczekaj - zawołał za nim oficer. - Pomogę ci. Choć wcale mi się to nie podoba.
- Jak nic nie znajdziemy, nikt się nie dowie, a przynajmniej będziemy mieli czyste sumienia.
- Chyba nie myślisz, że ja mam... - nim jednak młodszy z rozmówców dokończył, cały obóz zerwał się na równe nogi.
- Co to był za huk? - zapytał zdezorientowany Marco.
- Tak. Sprawdziły się.
- Co się sprawdziło?
- Moje przypuszczenia. Biegiem!
- Estild spoglądał na portret swojej żony i syna oprawiony w najlepszej jakości bursztyn. Doskonale zdawał sobie sprawę, że może ich więcej nie zobaczyć, ale serce wojownika nie pozwalała mu na okazywanie tak skrajnych emocji jak miłość. Przynajmniej nie w obecności swych żołnierzy.
Dzisiejsza noc przyniosła jednak miłą niespodziankę. En-Hrak, jego dawny, orkowy przyjaciel, zdołał wkraść się w szeregi wroga, by zdobyć dla żołnierzy króla Gregora cenne informacje. Po tylu latach En-Hrak powrócił, by jeszcze raz wesprzeć Estilda w walce. Cóż za przewrotność losu.
Estild rozmyślał w najlepsze, gdy coś dziwnego zwróciło jego uwagę.
Nie pamiętam, bym zostawiał otwarte wejście - rzekł sam do siebie. Chyba, że... Nie wiele myśląc, Estild chwycił za swój miecz. Ale nie zauważył żadnego ruchu.
Jego namiot był na tyle duży, by ktoś mógł się niepostrzeżenie zakraść do jego środka, czekając na dogodną chwilę, by zadać dowódcy Paladynów śmiertelny cios. Ale czy rzeczywiście ktoś tu jest, czy tylko umysł płata mu figle? Estild wyciszył się. Nasłuchiwał. Stara metoda Paladynów. Syczenie... O nie...
Paladyn, ile miał tylko sił w nogach, wybiegł ze swego namiotu. Chwilę później nastąpił wybuch, który słyszany był nawet w obozie wroga.
Estild zdołał się uratować w ostatniej chwili. Leżał twarzą skieowaną ku ziemi, zastanawiając się w jaki sposób zabójcy wroga zdołali dostać się do jego namiotu niepostrzeżenie. Nim jednak zdołał wstać, w jego kierunku pofrunął jakiś metalowy przedmiot. Paladyn w ostatniej chwili zdołał wykonać unik. To nie był przypadek. Ktoś właśnie próbował zabić go toporem
Atak był szybki i zaskakujący. Nie na tyle jednak, by zdołał zaskoczył wodza Paladynów. Czując oddech niedoszłego zabójcy, Estild pośpiesznie chwycił za swój miecz. Wiedział, że musi zadać szybki cios. Ktoś wyłonił się z ciemności i z głośnym krzykiem począł biec w stronę wciąż oszołomionego Paladyna. Estild nie zawahał się ani przez sekundę. Po sparowaniu kolejnego ataku, szybkim ruchem wykonał pchnięcie. Intuicja nie zawiodła wojownika. Jego uszu dobiegł cichy jęk. Estild wyciągnął miecz z ciała pokonanego wroga po czym spojrzał na swe ostrze. W świetle płonących za jego plecami resztek namiotu, mieniło się ono na bordowo.
Chwilę po tym, jak wszyscy usłyszeli wybuch, przed namiotem dowódcy zebrał się spory tłum. Kilku Paladynów zdążyło już otoczyć kordonem swego dowódcę. Lepiej późno niż wcale - pomyślał Estild. Marco i Pelin, zamieniając kilka szybkich zdań ze stojącymi w pobliżu żołierzami, podbiegli do swojego dowódcy. Plotka mówiła, że ktoś próbował zabić wodza. Obaj towarzysze pomyśleli o tym samym. En-Hrak...
Veron wpatrzony we Flinta nie mógł uwierzyć własnym oczom. Co za głupiec. Jakimi pobudkami Lord Aldo się kierował, że dał mu w posiadanie ten bezcenny klejnot. I żeby ten idiota wiedział chociaż jak się nim posługiwać. Zginiemy obaj.
Flint stał przez chwilę w wyczekiwaniu.
- Przybywaj Czerezo - powtórzył Flint. Nic się jednak nie stało. Rycerze, którzy po chwili wahania, spowodowanego wypowiedzianą przez ów stwora magiczną regułką, znowu ruszyli w stronę Flinta, tym razem wyjątkowo rozbawieni.
- Przybywaj! - krzyczał coraz głośniej Flint. Po raz pierwszy od momentu wyjścia z krzaków, Flint poczuł się niepewnie. Co się dzieje, zdawał się mówić.. Wszystko przecież zrobił jak trzeba.
- Rozbij klejnot do cholery - krzyknął Veron, o którym rycerze, rozbawieni niecodzienną sceną, nieomal zdołali zapomnieć.
Flint nie wiele myśląc cisnął rubinem o ziemię. W jednej chwili, między Flintem a podążającymi w jego stronę Paladynami pojawiła się olbrzymia kula ognia, która powoli nabierała wyraźniejszych kształtów. Kształtów bogato uzbrojonego, rogatego demona.
Rolę się odwróciły. Ścigający stali się ściganymi, ale różnica sił była nieporównywalnie większa niż wcześniej między tuzinem zbrojnych, a dwoma nocnymi wędrowcami. Wszyscy wiedzieli, że cała przygoda skończy się jedną, wielką rzezią.
- Mistrzu! Nic ci nie jest? - zapytał Marco. Było to pytanie retoryczne, bo Estild stał śmiało na nogach i nie wykazywał żadnych oznak zranienia.
- Nie, nic. W przeciwieństwie do tego tam - mówiąc to, Estild wskazał palcem miejsce gdzie dwóch Paladynów ciągnęło jakieś zwłoki.
- Czy to jeden z naszych dzisiejszych, niespodziewanych gości? - zapytał Pelin, oczekując zapewne potwierdzenia swojej teorii. Nie zawiódł się.
- Tak. Skurczybyk wtargnął tu niepostrzeżenie. Myślałem, że można im zaufać. Myliłem się. Przecież mówiłem, że nic mi nie jest! - dodał gniewnie do medyka, który oglądał jego rękę. Ku zaskoczeniu Marco, ręka wodza w skutek wybuchu była poważnie zraniona. Nie można było jednak wyczytać tego z twarzy Estilda.
- Widzę, że nie zapomniał pan, jak używa się miecza - dodał Marco, pochylając się nad zwłokami i lekko się uśmiechając.
- Nie, w końcu uczył mnie najlepszy wschodni mis... a ty co tak się przypatrujesz temu draniowi?
- Bo się nie spodziewałem takiego widoku. Pelin nie będzie zadowolony.
Pelin i Estild spojrzeli na siebie ze zdziwieniem.
- Nie wiem o co mu chodzi - rzekł pośpiesznie krasnolud, jakby chcąc od razu uciąć wszelkie podejrzenia, że mógłby on cieszyć się ze śmierci swego dowódcy.
- Choć tu brodaty przyjacielu, a zobaczysz o czym mówię.
Pelin nadal zaskoczony, podszedł do oficera. Pod jego nagami leżał świeżo ubity trup. Pchnięcie było perfekcyjne, jak gdyby ich mistrz zdołał usłyszeć bicie serca przeciwnika. Rozciął je na dwa równe kawałki Ale nie to zastanawiało młodego Paladyna. Pelin zrozumiał w końcu. Na ziemi nie leżał En-Hrak jak obaj sądzili, ale jeden z przybyłych przed paroma godzinami krasnoludów.
- I co ty na to Pelinie? - Marco zapytał swojego sojusznika. - Wygląda na to, że nasi niewysocy przyjaciele będą musieli zrobić porządek we własnych szeregach.
C.D.N.
R-Chee
Z okazji trwających Świąt Wielkanocnych chciałbym życzyć wszystkim moim czytelnikom dużo zdrowia, spełnienia marzeń, olbrzymiej dawki miłości i uśmiechu na co dzień.
Przypominam przy okazji o blogu (jak zawsze zresztą), który od pewnego czasu współtworzę wraz z Hubertem Staniszewskim: LINK. Tam znajdziecie inne moje teksty (nie będące de facto opowiadaniami). Chciałem także poinformować, że usunąłem blokadę kopiowania treści bloga. Możecie teraz śmiało sobie moje teksty drukować, jeśli taka jest wasza wola (dostałem już informacje, jakoby kilkoro z was tak właśnie robiło). Po za tym, ta cała blokada to pic na wodę, bo co sprytniejszy użytkownik i tak mógł sobie spokojnie treść skopiować :D
I to by było na tyle, tytułem wstępu. Miłego zagłębiania się w wykreowany przeze mnie świat. Art autortwa Taurina. Thank you Fabiola.
**************************************************************************************************

ROZDZIAŁ IV
W MROKACH CYTADELI
Dzień był w pełni. Na niebie zebrało się nieco chmur i nie było już tak słonecznie jak przed kilkoma godzinami. Mimo to zapalanie świec w sali głównej było zbyteczne. Jakub i Piotr uczestniczyli właśnie w kolejnym zebraniu dotyczącym zagrożenia nadchodzącego z północy. Sala nie była zbyt zatłoczona, jednak godności przybyłych wynagradzały braki w ilości. Przy stole zasiadali najznakomitsi magowie oraz kilku świeckich wojowników. Byli też przedstawiciele ras elfów, krasnoludów i kilku innych dziwacznych ras, takich jak stojący na uboczu pół człowiek, pół byk. Jakub wpatrywał się w ów istotę z nieskrywaną ciekawością.
- Witajcie moi drodzy - rzekł San zajmujący centralne miejsce przy stole. - Nie będę tu żadnych mów patetycznych wygłaszał, bo każdy już od władców swych wieści nowe słyszał. Może po prostu od razu do sedna sprawy przejdziemy?
Wszyscy zebrani pokiwali zgodnie głowami. Każdy wiedział przeto, że Lord Aldo powrócił i jego armie, złożone głównie z istot mroku, uderzyły na północny Hespr.
- Jako mag, który ongiś tego zdrajcę pokonał, poczuwam się do tego, by przy pomocy wszelkich możliwych sposobów zapobiec ekspansji jego wojsk. Z kolei co się tyczy samego Aldo, moje stanowisko jest jasne. Należy go powstrzymać i unicestwić raz na zawsze.
Po chwili ciszy, gdy San uznał że nikt głosu zabierać nie zamierza, kontynuował swą wypowiedź.
- Widzę, że się ze mną zgadzacie. Dobrze więc. Wypada mi zatem powiedzieć coś o czym wasi władcy was niepoinformowani albo informować nie chcieli. Sam Aldo to nie nasz największy problem.
Na sali dało się słyszeć ciche pomruki. Jedni pytali drugich, czy coś na ów temat wiedzą, ale mało kto mógł coś z pewnością powiedzieć.
- Tak moi drodzy przyjaciele. Niewielu z was prawdziwą historię upadku Lorda Aldo zna. Nie został on pokonany, jak wielu twierdziło, lecz uciekł swe wojska porzucając. Kilkoro z tu obecnych na własne oczy ów wydarzenie widziało, ale jeno ja i obecny tu Cursis słyszeliśmy słowa Lorda Aldo. „Nie istotny jest już dla mnie wynik tej nic nie znaczącej wojny. Moje plany sięgają znacznie dalej niż horyzonty waszych wyobrażeń. Zostałem wybrany” - to rzekł mag wycofując się z pola walki.
Piotr spojrzał na Jakuba. Ten wydawał się od kilku chwil wyłączony z rozmowy. Przyglądał się tylko z niedowierzaniem na siedzącego nieopodal chłopca. Tego, który „poczęstował” go jabłkiem na dziedzińcu. Paladyn próbował dostrzec w ów dzieciaku coś niezwykłego, ale mimo chęci najszczerszych, niczego takowego nie odnajdywał.
- Wraz z niewielką grupą magów wtajemniczonych - mówił nadal San - przez wiele lat dojść próbowaliśmy, co owe słowa miały znaczyć. Wiadomo było od dawna, że Lord Aldo utrzymuje kontakty ze światem demonów. Od niedawna wiemy również, że jego sprzymierzeńcem jest potężnym demon nazywający siebie Wybranym - Tej'monta. Jest wielce prawdopodobne, że Aldo został wyznaczony do ściągnięcia demona do naszego świata.
- Jak potężny jest ów demon - zapytał stary krasnolud, dumny zapewne ze swej długiej, siwej brody.
- Możemy się jedynie domyślać, bo nigdy na naszym świecie równie potężna, demoniczna istota się nie pojawiła, choć nie zaprzeczam, iż wielu spośród nich już próbowało.
- Na szczęście mamy naszych magów - rzekł jeden z obecnych na sali rycerzy. Piotrowi ta postać wydała się niezbyt sympatyczna.
- Przez wzgląd na twego ojca, puszczę w niepamięć twój sarkazm sir Arnero -odparł Ojciec Cytadeli, po czym zwrócił się do reszty: - Jak już mówiłem, Lord Aldo prawie na pewno jest w fazie zbierania potrzebnych do przywołania demona artefaktów. Zapewne potrwa to jeszcze czas jakiś, bo owe przedmioty dobrze ukryte zostały. To nam daje trochę czasu, by zaplanować ruch kolejny.
- Co zatem robić powinniśmy? - zapytał jeden z elfów.
- Plan mamy przygotowany, ale wymagać on będzie ścisłej współpracy między wami wszystkimi. Porzućcie wzajemne urazy i zapomnijcie o dawnych krzywdach. Bo tylko tak zdołamy stawić czoła nadciągającemu zagrożeniu.
Wszyscy zdawali się zgadzać w pełni z Sanem. Nie na darmo nazywany był Ojcem Cytadeli.
- Jak widzisz Panie - rzekł stojący w kącie stwór przypominający byka - wszyscy się z tobą zgadzamy i żeśmy gotowi czynić jak przykazałeś. Wtajemniczysz nasz więc w plan jaki wraz ze swymi braćmi magami ustaliliście?
- Oczywiście. Jak już mówiłem, plan wymaga pełnej współpracy. Będziemy działać na kilku liniach. Musimy utworzyć grupę wojowników, która uda się na poszukiwania artefaktów, do których Lord Aldo jeszcze nie dotarł. W ów grupie winny się znaleźć elfy, krasnoludy, magowie i ludzie. Zaprzyjaźnione jaszczury i orkowie, którzy swymi czynami udowodnili swoją lojalność, też powinni w takowej wyprawie uczestniczyć. Ciebie drogi Manro - rzekł San do stojącego w kącie minotaura - wolał bym jednak mieć przy boku.
- Jeśli taka jest wola twoja Ojcze Cytadeli - odparł stwór swym dziwnym, niesamowicie niskim głosem.
- Drogi Manro. Jesteś istotą wolną i od ciebie zależy czy w misję ową się udasz. To samo - zwrócił się do reszty - każdego z was dotyczy. Jeśli wolą jest waszą, by Aldo czoła stawić, działajcie z błogosławieństwem mieszkańców Cytadeli i całego królestwa. Jeśli nie - odejdzie w pokoju.
- Nikt z nas przed groźbą z północy uciekać nie zamierza - rzekł Delglin, jeden z magów na służbie Sana.
- Racja. Nie czujemy trwogi przed tym zdrajcą - rzekł stary krasnolud.
- A powinniście - wtrącił San. - Wiem, że wasze serca skore do walki, ale Lord Aldo nie jest zwyczajnym śmiertelnikiem. Posiada moce o jakich wielu z was się nawet nie śniło. Dlatego też nie możemy ograniczyć się jeno do po artefakty z Lordem wyścigu. Musimy być gotowi na wszelkie ewentualności, nawet na możliwość, że Tej'monta do naszego świata przestąpi. Musimy zebrać potężną armię.
- Ależ Ojcze Cytadeli - rzekł jeden z elfów - król Gregor już swe armie zebrał i wroga kazał obserwować.
- Wiem - odpowiedział na to San - ale wątpliwości nie ulega fakt, że to co Aldo zrobił z północnym Hesprem było jedynie próbą odwrócenia uwagi naszej. Najzwyklejszą sywersją. Owa „armia” raczej nie pokona sił króla Gregora, ale skutecznie zwiąże je walką, kiedy sam Aldo spokojnie jaskinie na południu przeszukiwać będzie. A jeśli demon do naszego świata zawędruje, miecze i odwaga w sercach naszych Paladynów nie wystarczą, by nasz świat obronić. Będziemy potrzebowali pomocy wszystkich - elfów z Riv-Snu, krasnoludów z północnych gór Narifi, leśnych istot, magów wszelkich zakonów, a także... ludzi z dalekiego wschodu..
- Nie - rzekł Arnero. - Czy nie pamiętacie jak wielu krzywd zaznaliśmy z rąk tych barbarzyńców? Nie pamiętacie, jak rzeki od krwi kolory zmieniały? Mordercy! Gwałtownicy! Bratać się z nimi nie możemy. Wrogami naszymi są i takimi na zawsze pozostać powinni.
- Rzekłem już przeto, że nadchodzący konflikt wymazania pewnych, starych urazów będzie od nas wymagał.
- Wymazania starych urazów? Nie mówisz poważnie Ojcze Cytadeli?
- Aż tak trudno przyjdzie ci powstrzymanie się od chęci zemsty Arnero? Twój ojciec był dzielnym wojownikiem, a jego śmierć nie była daremna. Bądź godzien jego poświęcenia.
Arnero nic nie rzekł już na słowa Sana. Wiedział, że i tak nie zdoła władcy Cytadeli do rozumu przemówić.
- Ojcze Cytadeli. Toć nie możesz od nas wymagać, byśmy o dawnych krzywdach zapominali - rzekł obecny na zebraniu jeden z elfich magów.
- A czemuż by nie? - zabrał głos dość niespodziewanie (nawet dla Piotra, który wiele rzeczy już w życiu widział i na ludziach znał się jak nikt inny) Paladyn Jakub zwany Szarym Wilkiem.
- Nie wiem, czym dobrze dosłyszał sir. Wy Paladyni najlepiej powinniście znać okrucieństwo ludzi z dalekiego wschodu - zripostował Jakuba elf.
- Nie przeczę, że wrogami byli naszymi zaciętymi, ale od lat dziesiątek do żadnych konfliktów z nimi nie dochodziło. Czas już chyba topór wojenny na stałe zakopać.
- Ale... - próbował mag dalej.
- Wielu z was mówi jeno to, co od swych współbraci w plotkach zasłyszało, ale prawda jest taka, że i oni równie wielkich krzywd z rąk naszych zaznali. Równie okrutni byliśmy wobec nich. I nie mówcie, że to głupie gadanie młokosa. Ojciec mój, człek sprawiedliwy, całe życie się czynów popełnionych w tej wojnie wstydził. A że był Paladynem w pełni tego słowa znaczeniu, nigdy kłamać nie potrafił i to z jego opowiadań wiem jak daleka jest naszym ideałom współczesna wojna.
Wszyscy słuchali go w milczeniu. Nawet San z zaciekawieniem wsłuchiwał się w słowa Jakuba. Gdy Paladyn skończył swój monolog, nastała chwila ciszy.
- Słusznie prawisz - rzekł przerywając ciszę siedzący jak dotąd w milczeniu Cursis. Paladyn zdziwił się wielce poparciem ze strony „chłopca”.
- Czas najwyższy - kontynuował Siso - odciąć się od wszystkiego, co przypomina nam o tej bezsensownej wojnie.
Reszta zgodnie mu zawtórowała. Jedynie Arnero wydawał się niezadowoleni z takiego obrotu sprawy.
- Zaimponowałeś mi młody Paladynie. Przypomnij mi jak cię zowią, bo mój starczy umysł już nie tak sprawny jest jak przed laty - rzekł San.
- Jestem Jakub zwany Szarym Wilkiem z zakonu Paladynów.
- A więc Paladynie - zaczął Ojciec Cytadeli - moim pragnieniem jest, abyś to ty udał się na wschód, do kraju naszych dawnych wrogów i poprosił ich o wsparcie. Chcę, abyś zebrał jak najliczniejszą armię, która była by w stanie wesprzeć rycerzy króla w ewentualnej wojnie z demonem i jego sługami.
- To dla mnie zaszczyt, sir - skwitował Paladyn.
- Panie - wtrącił nagle Manro - znakomicie znam wschodnie tereny. Może mógłbym udać się w drogę właśnie z ów Paladynem?
- Zapewne ciężka to będzie podróż. Jeśli Jakub nic przeciw nie ma, moją zgodę otrzymasz.
- Oczywiście że nie mam, sir. - rzekł Szary Wilk chyba po to by raczej przypodobać się minotaurowi. Bo w rzeczywistości jego pomoc nie wydawała się Jakubowi niezbędna.
- Niech i zatem tak będzie. Otrzymasz jeszcze pomocników kilku, by w wyprawie cię wsparli - zakończył San.
- A co z Lordem Aldo? - spytał krasnolud z siwą brodą - Jego ścigać nie będziemy?
- Owszem, ale bynajmniej nie przez zwykłych śmiertelników. Lord Aldo to mag potężny, przeciw któremu nie sposób wystąpić jedynie w oręż wyposażonym. I to będzie najtrudniejsze ze wszystkich zadań, atoli maga jedynie inny mag pokonać może.
Piotr wyraźnie się rozbudził ciekaw co jego dawny mentor zaproponuje.
- Większość mych magów zdolnych posłałem, aby wojska Estilda wspierały na polu walki. Dowiedzieliśmy się przeto, że wróg w swych szeregach posiada też ich pewne zastępy. Ci Renegaci mogą stanowić realne zagrożenie dla rycerzy króla. Po za tym, niech Lord Aldo myśli, że magowie są w wojnę przeciw jego wojskom na północy bardziej niż w rzeczywistości zaangażowani.
- W takim razie kogo na samego Aldo wysłać planujesz panie? - zapytał mag w niebieskiej szacie.
- Grupę mych najwierniejszych i najznakomitszych magów. Ciebie Savosie, niezrównanego spośród magów wody. Naszego zacnego Cursisa. Obecnego tu szamana z dalekiego południa - Tisara. Elfiego nekromantę Delglina. I moją młodą uczennicę Absanhe - czarodziejkę mocy psychicznych.
Nikt nie protestował, ani wybrani, ani reszta zebranych. Wszyscy wiedzieli, że to najlepsi obecnie magowie na dworze Sana.
- Ale by skład był kompletny potrzebny będzie dowódca i ktoś z tak wielką mocą, by mógł w ostateczności w pojedynkę Aldo czoła stawić.
Te słowa wywołały poruszenie. Każdy był pewien, że to Cursis bądź Savos będą owymi magami. Któż zatem ma tak wielką moc na tej sali? - zdawali się pytać obecni. Najbardziej jednak zaskoczony obrotem spraw zdawał się być cichy przez całe zebranie mag ognia. Czyżby chodziło o...
- Piotrze, magu ognia - przemówił w końcu San - Czy jesteś gotów stawić czoła ów wyzwaniu?
Estild siedział w swym beżowym namiocie, przeglądając mapy okolicznych terenów. Jego ukształtowanie zdawało się sprzyjać armii króla. Ale dowódca Paladynów wiedział, że to tylko czysta teoria. Nagle Estild poczuł chłód na plecach. W drzwiach stanął jeden z jego oficerów.
- Sir. Melduje, że przybyli magowie Sana.
- Doskonale -odparł dowódca.
- Przybył także zastęp krasnoludów pod dowództwem sir Pelina - dodał po chwili oficer.
- Dziękuje - rzekł Estild po czym ręką wskazał oficerowi, że ten może opuścić namiot.
Po chwili Estild również opuścił namiot, by porozumieć się z przybyłym krasnoludem. Napotkał go otoczonego niewielkim zastępem gotowych do walki współbraci.
- Witaj przyjacielu. Wiesz co robić? - zapytał Paladyn.
- Tak - odparł Pelin. - Twoi oficerowie już mi wszystko objaśnili.
Estild skinął jedynie głową, przyzwalając w ten sposób na wszelkie niezbędne działania.
Krasnolud nie miał większych problemów z wdrapaniem się na wzniesienie. Ba, nawet wyjątkowo szybko je pokonał. Ustawił się w najwyższym punkcie i spojrzał w kierunku obozu wroga. Rozglądał się dość długo. Trawiasta równina z porozrzucanymi tu i ówdzie głazami, była wręcz idealnym miejscem do rozegrania bitwy. Ale godność krasnoluda nie była jeno zwykłym słowem. Pelin, jako wódz jednego z najznakomitszych rodów pozwolić nie mógł, by krasnoludy ginęły za Lorda Aldo i jego plugawe ideały.
- Hej wy tam! - krzyknął z całych sił w stronę obozowiska wroga. - Krasnoludy na usługach Aldo. Wiem kim jesteście i co tam robicie. Głupstw kolejnych nie czyńcie. Lord Aldo nie jest wart tego, byście za niego ginęli. Opuście jego szeregi. Jeśli tak uczynicie, winny wasze zostaną przebaczone i do swych stron rodzinnych powrócić będziecie mogli. Macie na to moje słowo. Słowo Pelina Młodszego.
Estild był wdzięczny za pomoc Pelinowi. Tak zacny przedstawiciel rasy krasnoludów z pewnością zdoła do rozumów swych współbraci dotrzeć. Wiedzieli przeto wszyscy, że wielu krasnoludów w czasach niedawnych na banicje było skazywanych za przestępstwa wobec swych współbraci. Z braku nadziei na powrót w rodzinne strony, w zamian za strawę i dach nad głową gotowi byli swych usług użyczać najgorszym łajdakom - złodziejom, bandytom i złym magom. Ale czy gotowi byli po tylu latach wrócić w swe rodzinne strony? W to Estild szczerze wątpił. Zbyt wielkim był realistą.
- Więcej uczynić nie zdołam - rzekł Pelin schodząc ze wzniesienia w stronę Estilda.
- Czy to wystarczy? - zapytał głosem pełnym wahania dowódca wojsk królewskich.
- Trudno orzec. Przekonamy się nocą, gdy największa sposobność na ucieczkę nastanie.
Po naradzie San wyprawił ucztę, po czym zakończył spotkanie. Wieczór był coraz ciemniejszy. Główny mag wędrował korytarzami w stronę swojej komnaty. Był wielce zadowolony, że Piotr zgodził się wziąć udział w wyprawie. Atoli to w nim widział pogromcę Aldo.
Gdy Ojciec Cytadeli zbliżył się do drzwi komnaty swojej na odległość dwudziestu kroków, zauważył że ktoś przy nich stoi.
Przed wejściem czekał odziany jak zawsze w ciemne szaty nekromanta Delglin. W ręku ściskał białą chustę w którą zawinięty był jakiś bliżej nieokreślony przedmiot.
- Witaj druhu - rzekł San. - Co cię tu sprowadza?
- Mam wątpliwości panie - rzekł nekromanta.
- Pozbądź się ich przyjacielu. Cel uświęca środki.
- Ale... naprawdę nie ma innego sposobu? - dopytywał mag.
- Wierz mi przyjacielu, innych możliwości nie mamy - zapewniał San. - Jeśli nasze podejrzenia się potwierdzą, Piotr także wkrótce pozna całą prawdę, a kiedy do tego dojdzie, przyniesiesz do mnie jego martwe ciało...
C.D.N.
R-Chee
Witam was bardzo serdecznie. Jak wskazuje licznik, mamy jutro mały jubileusz. Otóż, mój blog obchodzić będzie DWUSETNY DZIEŃ ISTNIENIA! Nie będę robił żadnych, statystyk, podsumowań itd. Za wcześnie na to. Poczekam z tym, aż stuknie nam roczek. :)
Jakkolwiek cieszę się niezmiernie, że blog nadal istnieje i że nadal pojawiają się na nim opowiadania. Będę to ciągnął jak długo będę mógł. Historię które zacząłem, tj. Wyspa i Kroniki Gildii Magów, na pewno znajdą na blogu swe zakończenia. Na nich skupia się obecnie cała moja uwaga. W planach mam też coś ekstra, ale to niespodzianka. Myślę jednak, że będzie co poczytać ;) .
Chciałem też zwrócić waszą uwagę na pojawiające się od niedawna na blogu grafiki (pomysł mojej koleżanki Ewelinki, którą z tego miejsca serdecznie pozdrawiam). Sporo czasu zajmuje mi wyszukanie artu, który pasował by do moich wyobrażeń co do postaci, miejsc itp. Trochę czasu zajmuje także wysyłanie pytań do autorów owych dzieł (a jak) z prośba o wykorzystanie ich na moim blogu. Po nakreśleniu sprawy w języku angielskim (tu podziękowania dla HaeSa, Abartha i mojego sąsiada Wonsa), jak dotąd zawsze otrzymuje potwierdzenie z życzeniami sukcesów w prowadzeniu bloga. A że dzięki dobrodziejstwom internetu żyjemy dziś w globalnej wiosce, wśród owych autorów znaleźli się Anglik, Bułgar, Turek, Kostarykanin, Filipińczyk, Chilijczyk i Amerykanka. A bynajmniej na tym nie poprzestanę.
Przypominam przy okazji, że od niedawna wraz z moim znajomym Hubertem Staniszewskim vel HaeSem współtworzę inny, ogólnie tematyczny blog, do którego link znajdziecie TU.
Teraz pozostaje mi życzyć miłej lektury i do następnego. Art autorstwa GENZOMAN. Thank you Gonzalo.
R-Chee
**************************************************************************************************

ROZDZIAŁ III
CISZA PRZED BURZĄ
Lord Aldo. Wielu czuło trwogę na sam dźwięk tego imienia. Swą złą sławę zawdzięcza czynom jakich dopuścił się przed wieloma laty. Najpierw zgładzić wielu swoich współbraci z zakonu magów wody, co można by było mu jeszcze podarować, wszak ów bracia bojąc się potęgi Aldo, pierwsi zabić go zapragnęli. Ale skazany na banicję mag na tym bynajmniej nie poprzestał. Udając się do miejsc tyleż magicznych, co przerażających, swe zdolności wzbogacał o nowe zaklęcia. Zbierał też armię złożoną z istot mroku, by swe krzywdy pomścić. Nie wiedział jednak jak bardzo jego czyny wpłyną na losy kontynentu.
To był pierwszy raz, gdy Aldo przejął władzę w północnym Hesprze. Zamach który przeprowadził nie przebiegł jednak według wyznaczonego planu. Cały zachodni świat sprzymierzył się przeciwko magowi. Wtedy też doszło do zjednoczenia królestw Armandii, Fionni i południowego Hespru. W gruncie rzeczy to całe to zamieszanie wszystkim na dobre wyszło. Wszystkim włącznie z Lordem Aldo, który zrozumiał pod koniec wojny, że nie warto przywiązywać wagi do takich błahostek jak zemsta czy władza nad światem. On został wyznaczony do innych, większych celów. I właśnie te cele począł niedawno realizować.
Aldo Siedział na kawałku skały praktycznie nieruchomo. Nawet nie spoglądał w stronę swych poddanych. Wiedział, że siła strachu jaki budzi w nich jego osoba jest wystarczającą motywacją do kopania. A owi kopacze doskonale zdawali sobie sprawę z niezadowolenia ich pana. Minęły już ponad trzy doby, a zguby jak nie było, tak nie ma.
- Czegoś na tym odludziu od trzech dni szukamy, a nawet nie wiemy jak to coś wygląda - szepnął jeden z kopaczy, tak by usłyszeli go jego kompani.
- Kop nie gadaj, bo Lorda rozgniewasz - szepnął pewien młody ork.
- Wy orki jesteście wręcz stworzeni do kopania, ale my jaszczury wolimy bagna i rzeki. Nie przywykliśmy warunków takich.
- Skończcie narzekać - stwierdził kolejny z kopaczy. - Do roboty!
- Nie będziesz mi rozkazywał orku plugawy! Mogę robić co mi się podoba. A teraz mam ochotę na odpoczynek.
W jednej chwili jaszczur rzucił kilof i ruszył w stronę pobliskich głazów, by znaleźć jakieś wygodne miejsce do wygrzewania się na słońcu. Wszyscy znieruchomieli, zastanawiając się jaka będzie reakcja Lorda Aldo.
Buntowniczy jaszczur zastygł w bezruchu. Nie wiedział, że już nigdy nie będzie mu dane zmienić pozycji. Chłód był coraz bardziej dokuczliwy. Kątem oka jaszczur zauważył, że jego nogi zostały unieruchomione przez lód. Nieszczęśnik wiedział, że Lord mógłby go zamienić w bryłkę lodu w mgnieniu oka, ale Pan najwyraźniej chciał podroczyć się ze swym sługą.
Jaszczur ostatni raz spojrzał w stronę Lorda Aldo. Ten nie wyróżniał się niczym z otaczających go skał. Jakby wtopił się w krajobraz, unikając wścibskich oczu swych podwładnych. Gdy jaszczur stał się bryłą lodu, Lord prawie niezauważalnie poruszył dłońmi. Zamrożone ciało z impetem roztrzaskała się na miliony drobnych kawałeczków. Wyglądało to tak, jakby Aldo zabił jaszczura, używając jedynie siły woli. Jakby zabicie jego pożałowania godnego kopacza było zwykłym splunięciem.
- Odpoczywacie, gdy ja o tym zadecyduje - rzekł mag nie ruszając się ani o centymetr.
Reszta nie zastanawiała się ani sekundy. Wygnane krasnoludy, jaszczury, orkowie i chciwi ludzie, w sumie ze stu dziwaków, w zgodzie i bez narzekania przeczesywało tutejsze jaskinie w nadziei, że jeszcze dziś zdołają zadowolić swego Pana.
Cytadela była prawdziwym dziełem sztuki. Wzniesiona została tak dawno temu, że nikt już nie pamiętał przez kogo. Była to świetnie zaplanowana linia obronna przed atakami z północy i wschodu. Praktycznie nie do zdobycia. Od zachodu i południa gród osłonięty był przez masyw górski. Z kolei na wolnej przestrzeni, która rozciągała się na tysiące stóp znajdowały się trzy punkty oporu - mury tworzące półokręgi z których każdy był silniejszy i lepiej ufortyfikowany od poprzedniego. W centrum znajdowała się olbrzymia wieża w której swe siedziby mieli najznamienitsi mieszkańcy i goście Cytadeli. Wokół wieży znajdował się olbrzymi plac na którym swe stragany miejscowi kupcy porozkładali. Sama Cytadela chroniona była przez olbrzymi mur, który bynajmniej nie przypominał tradycyjnie budowanych umocnień. Ów mury swym układem przypominały gwiazdę o nieregularnych promieniach. Było to bardzo oryginalne rozwiązanie, które mogło by się na pierwszy rzut oka wydawać niepraktyczne. Atoli, dzięki systemowi gęsto rozsianych pod powierzchnią Cytadeli tajnych tuneli (przebiegających także na otwartych przestrzeniach między kolejnymi „promieniami”), niezliczonym pułapkom i potężnym zaklęciom defensywnym, obiekt był praktycznie nie do zdobycia (przynajmniej nie dla zwykłych śmiertelników).
Promienie słońca oświetlały strukturę, która zdawała się błyszczeć. Majestat jaki sobą prezentowała nie był dla nikogo zaskoczeniem. Może jedynie dla przyjezdnych, którzy nigdy nie mieli okazji owego dzieła starożytnej architektury podziwiać. Do tego grona należał także Jakub - Paladyn na służbie króla Gregora.
- Piękną mamy dziś pogodę. Kontrastuje wielce z tym, co wczoraj dane nam było zobaczyć - stwierdził Szary Wilk, rozciągając się na tarasie. Zaczął przecierać zaspane oczy.
- Zaiste piękną - dodał Piotr w pełni już przygotowany na trudy dnia. - Pora się oporządzić. Czasu do zebrania mamy jeszcze sporo, ale można ów czas spożytkować lepiej niż w łóżku się wylegując do późna.
Paladyn przeciągnął się jeszcze raz, po czym opuścił taras. Piotr spoglądał jeszcze chwilę na znajdujący się pod nimi wschodnią część targowiska. Plac w nocy był niemalże pusty, dziś tętnił życiem. Było tak kolorowo i gwarnie, że Piotr począł się zastanawiać, czy rzeczywiście znajduje się w odpowiednim miejscu.
- Przejdziemy się po rynku? - zapytał niespodziewanie Paladyn.
- Czemu nie - odparł mag, po czym z rozbawieniem dodał: - Wciągnij jednak pierwej spodnie.
Spacer po rynku dobrze zrobił obu wędrowcom. Szary Wilk, jak to miał w zwyczaju, na przemian kierował wzrok to na stragany z bronią, to na przechadzające się po rynku damy. Zdołał nawet z kilkoma wymienić słów kilka. Piotr tymczasem przeglądał kolejne stoiska w nadziei, że znajdzie odpowiednie składniki do esencji magicznych, jakie zawsze warzył przed dłuższymi podróżami. A obraz takiej właśnie wędrówki się przed nimi malował. W końcu obaj panowie uznali, że nie mają już nic do zrobienia, udali się więc z powrotem do wieży. Nim jednak do niej dotarli, Jakub poczuł silne uderzenie w tył głowy.
- Co to było do cholery! - krzyknął wściekły Paladyn.
- Spójrz pod nogi - rzekł Piotr, samemu się nachylając.
Piotr podniósł leżące u ich stóp świeże jabłko, po czym wbił się zębami w jego miąższ. Spytał się także swego kompana, czy też się poczęstuje. Jakub pokręcił głową i zaczął wypatrywać dowcipnisia, który zburzył jego spokój. Po chwili zobaczył rozbawionego, kilkunastoletniego chłopca trzymającego w ręku kolejny owoc.
- Hej smarkaczu! Nikt cię kultury nie nauczył?
Wtedy w stronę Jakuba rzucone zostało ów drugie jabłko. Tym razem jednak Paladyn zdołał unik zrobić i w następnej sekundzie rzucił się pędem w stronę chłopaka, by zapewne spuścić mu lanie. Nim jednak zdołał na miejsce dobiec chłopca już nie było. Zupełnie jakby rozpuścił się w powietrzu.
Wzrok Jakuba błądził po placu przez kilkadziesiąt sekund. Można było tam spotkać każdego: Paladynów, Straż Cytadeli, magów różnego stopnia wtajemniczenia, elfy, krasnoludy i inne niepasujące tu zbytnio dziwaczne stwory, takie jak orki czy jaszczury. Cytadela udzielała azylu wszystkim, którzy o to poprosili i zarzekali, że obowiązujących tu praw przestrzegać będą. Wiedzieli przeto, że za ich złamanie grożą kary straszniejsze nawet niż śmierć. Byli wszyscy prócz ów chłopca-psotnika.
- Nie przejmuj się Jakubie - rzekł Piotr kładąc rękę na ramieniu przyjaciela. - I tak złapać byś go nie zdołał. Ja go znam. To nie jest zwyczajny chłopiec, jeno mag. I to o mocach niepospolitych
- Mag - zdziwił się Jakub wielce. - Ten dzieciak?
- Nie daj się zwieść pozorom - zapewniał mag ognia. - Cursis to mag potężny. Nikt nie potrafi tak jak on magią ziemi władać.
- On talent takowy posiada czy po prostu nauczył się rzemiosła swego w kilka lat? - Paladyn drążył temat.
- Nie - powiedział z uśmiechem Piotr. - Chcąc stać się jeszcze potężniejszym, Cursis ze swym wiekiem eksperymentował niegdyś. Jednak pomylił się w obliczeniach i zbyt swoje ciało odmłodził. Staruszek ma już przeszło dwieście lat, a na zawsze uwięziony został w ciele kilkunastolatka. Przykry to los, bo wraz z przemianą nabył pewnych niechcianych cech. Zaczął psocić jak na dzieciaka przystało. Kiedyś mi się zwierzył, że coraz częściej nad sobą panowanie traci. Niektórzy imieniem Siso poczęli go nawet nazywać. Biedny Cursis. Oby się tylko to dla niego źle nie skończyło.
Paladyn patrzył na Piotra z nieskrywanym zaskoczeniem. O wielu dziwactwach magów słyszał, ale nigdy o czymś podobnym. W końcu przełamał się i zapytał:
- Ten mag do swej dawnej postaci wrócić nie może?
- Nie, niestety. Zaklęcie było tak potężne, a mikstury tak silne, że Cursis już na zawsze dzieciakiem pozostanie. Żadna magia w owym przypadku nie pomoże.
Po tych słowach Piotr, nadal rozbawiony sytuacją, ruszył w stronę wieży. Jakub z kolei, nadal wielce zaskoczony, ruszył tuz za nim. Po kilkunastu minutach obaj wędrowcy byli już gotowi na spotkanie z Sanem i innymi zaproszonymi gośćmi.
Estild nie należał do grona ludzi niecierpliwych, ale sytuacja w jakiej sie znalazł mogła by wyprowadzić z równowagi nawet orlich szamanów z południa. Paladyn stał na wzniesieniu. Przed sobą widział armię, która od kilku tygodni okupowała północny Hespr. Teraz swe obozy rozbili na rozległych, skalistych równinach. Wódz Paladynów wśród zastępów wroga widział ludzi, orków i jaszczury i to go akurat nie dziwiło. Dziwiła obecność istot raczej tam nie pasujących. Ludzie byli jak chorągwie na wietrze - do każdej idei przekonać ich było można za pomocą złota. Orki i jaszczury z kolei z natury były istotami złymi, choć przywódca Paladynów wiedział z doświadczenia, że nierzadko zdarzały się wyjątki od tej reguły. Sam kiedyś przyjaźnił się z pewnym orkiem, któremu nawet zaproponował miejsce w swoim elitarnym oddziale. Ale inni się nie zgodzili. Mówili, że „żaden parszywy ork nie będzie plugawił dobrego imienia zakonu Paladynów”. Estild o mało co nie zapłacił za swój śmiały pomysł wydaleniem z zakonu. Na szczęście król Gregor, jako człek prawy, wiedział jak dobrym rycerzem jest wódz Paladynów i nie pozwolił na to, by wrogowie królestwa Estilda władzy w zakonie pozbawili.
Wodza Paladynów z zamyśleń wyrwał jeden z oficerów, sir Marco. Marco zawsze cieszył sie zaufaniem swego Mistrza, podobnie zresztą jak każdy oficer w jego armii. W końcu to właśnie Estild podejmował ostateczną decyzję w sprawie wszelakich promocji w zakonie.
- Mistrzu - odezwał się oficer. - Mamy raport od naszych szpiegów. Wiemy jakimi dokładnie siłami nasi wrogowie dysponują.
- Słucham - rzekł nieco zbyt oschle dowódca.
- Konni w ilości pięciuset. Piechota złożona z jaszczurów, orków i ludzi w liczbie około ośmiu tysięcy. Do tego niewielkie oddziały krasnoludów i magów - prawdopodobnie jako wsparcie techniczno-taktyczne.
Oficer potwierdził obawy wodza Paladynów. A więc są wśród nich krasnoludy. I magowie. Można się zatem spodziewać zarówno zaawansowanych technicznie machin wojennych, jak i potężnych, masowych zaklęć. To zmieniało postać rzeczy, bo z bandy prostaków, tworzyła się powoli dość potężna armia.
- Czy magowie Sana przybyli? - zapytał na koniec dowódca.
- Nie mistrzu, choć plotki mówią, że zjawią się tu lada dzień.
- Obyś miał racje - rzekł cicho Estild, jakby tylko do jego własnych uszu miała dostrzec ta informacja. W istocie zwątpienie i wyczerpująca się cierpliwość dowódcy marnie wpłynęła by na morale żołnierzy.
Marco odmeldował się i skierował w dół wzniesienia. Paladyni okazali się sprytniejsi i w przeciwieństwie do żołdaków Lorda Aldo, schowali się za wzgórzem, nie dając wrogowi możliwości swobodnej obserwacji terenu swego obozowiska. I choć Estild wiedział, że wywiad Lorda Aldo działa równie dobrze jak jego własny i że z pewnością znana jest mu już liczebność wojsk jakimi dysponuje, starał się tworzyć pozory, by podlegli mu żołnierze czuli się choć trochę bardziej pewnie.
- Marco. Zaczekaj! - krzyknął za schodzącym w dół wzniesienia oficerem. Paladyn przystanął i skierował sie w stronę także juz schodzącego dowódcy.
- Tak Mistrzu? - zapytał nieco zaskoczony Marco.
- Pamiętasz plan?
- Tak - rzekł pewnie oficer.
- Bardzo na was liczę. Na Ciebie i pozostałych Paladynów. Nie zawiedźcie mnie - rzekł dowódca ręką klepiąc oficera po ramieniu.
- Nie zawiedziemy - odparł stanowczo Marco, zarzucił swoje blond włosy i ruszył w stronę obozowiska. - Jeśli bitwa się odbędzie, pokonamy wroga.
- I sprowadźcie mi Pelina - krzyknął już bardziej oficjalnie dowódca.
Po chwilowej ciszy, gdy Marco oddalił się na znaczną odległość, Estild rzekł sam do siebie - Pytaniem nie jest czy bitwa się odbędzie, tylko kiedy do ów dojdzie. A ja już dość mam tego wyczekiwania.
Na południu w gęsto porośniętym lesie Fionni, na terenach graniczących z Gerylndem, gwardia królewska prowadziła zakrojone na szeroką skalę poszukiwania mordercy.
- Stać! W imę króla! - rozległ się władcy głos jeźdźca z królewskimi emblematami. Towarzyszyło mu czterech podobnie odzianych osobników.
- W czym mogę pomóc szlachetnym panom? - zapytał człowiek na wozie.
- Doszły nas informacje, że w okolicy wóź skradziono, a jego właściciela zamordowano.
- Toż to potworne rzeczy waść rzecze. Kto uczynił taką podłość?
- Tego jeszcze nie wiemy - odparł z niechęcią rycerz - ale złapiemy drania.
- Oby - odparł woźnica i popędził konie.
- Chwila gospodarzu - krzyknął konny na widok odjeżdżającego człowieka. - Przeszukamy najpierw wasz wóz. Ostrożności nigdy nie za wiele.
Gospodarzowi wyraźnie było to nie na rękę, ale służbistom króla sie nie odmawia. Rycerze poczęli sprawdzać towar, a raczej przekopywać siano i stare szmaty na nim leżące. W międzyczasie w ręce dowódcy trafiły dokumenty gospodarza.
- Daleko się pan od domu zapędził gospodarzu - rzekł dowódca po przejrzeniu dokumentów. - Gdzie zmierzacie?
- Na targowisko panie. Trzodę kupić.
Najwyraźniej takie wyjaśnienie dowódcy wystarczyło, bo skończył przeglądać dokumenty i odjechał kawałek z jednym ze swoich oficerów. Ich rozbawione gęby wyraźnie wskazywały na to, że temat rozmowy nie ma żadnego związku z kontrolą wozu.
- Co to za czerwone plamy? - zapytał nagle jeden z przeszukujących wóz.
- To po winie. Mam beczułkę pod siedzeniem. Wyborny to trunek - oznajmił woźnica.
Rycerz spojrzał podejrzliwie, po czym nakazał otworzyć ową beczułkę.
- Co tam znaleźliście żołnierzu? - zapytał dowódca na widok jednego ze swych konnych wpatrującego się w jakiś obiekt.
- Beczka winna panie - rzekł po chwili.
- Przeszukaj dno - rozkazał oficer.
- Tak jest - krzyknął rycerz i począł wkładać rękę do beczki w celu przeszukania jej dna. Nic tam jednak nie znalazł.
- Czyste... i wyborne, sir.
- Dobra, nic tu po nas. Za współpracę dziękujemy i udanych zakupów mości gospodarzu.
- Szerokiej drogi waść panom - krzyknął woźnica na pożegnanie.
Tupot oddalających się koni cichł coraz bardziej. W końcu jeźdźcy zniknęli z horyzontu.
- Flint! Wyłaź z tych krzaków! O mało mnie przez twoje szaleństwo nie aresztowali!
- Nie marudź - rzekł Flint, strzepując ze swych rzadkich, ciemnych włosów resztę liści z krzaków w których był ukryty.
- Musimy ruszać. Wskakuj - popędzał Veron.
- Spokojnie. Na razie mamy ich z głowy - rzekł ze swym szyderczym uśmiechem Flint i wygodnie ułożył się na sianie nawet się nie przykrywając. W przeciwieństwie do innych mrocznych stworów uwielbiał ciepło promieni słonecznych.
- Gospodarzu. Nasz pan zapomniał oddać wam dokumenty i przy okazji chcielibyśmy zakupić tę beczułkę wi...
Wszyscy stanęli jak wryci. Veron siedział na miejscu woźnicy trzymając lejce. Patrzył i nie był w stanie wyjaśnić sobie samemu, jak ci dwaj zdołali do nich tak szybko i niepostrzeżenie na swych rumakach dobiec. Zapewne to przez te przekrzykiwanie się ze swym towarzyszem podróży. Flint z kolei patrzył na nich ze zdziwieniem i jedyne co zrobił, to oblizał swoje wargi.
Najbardziej jednak zaskoczeni byli sami rycerze. Ich dowódca wysłał ich, by zwrócili gospodarzowi dokumenty, a przy okazji spróbowali zakupić ów wyborne wino. I gdy dotarli na miejsce, zobaczyli jakiegoś stwora ze sztyletem w ręce leżakującego na wozie, który przed chwila osobiście przeszukiwali.
Po chwili jednak wszystko potoczyło się błyskawicznie. Rycerze niemal natychmiast chwycili za swe miecze. Nim jednak wyższy z nich całkowicie z pochwy go wyciągnął, na ziemię niczym kłoda padł. W czole jego tkwił już jeden z noży Verona. Nie na darmo zwali go nożownikiem.
Drugi z rycerzy z krzykiem na ustach rzucił się na „gospodarza”. Veron zdołał jednak odparować cios i zrzucił jeźdźca z siodła, rozpoczynając walkę w zwarciu. Obojgu bronie z rąk powypadały, jednak Veron miał asa w rękawie - Flinta.
Stwór czekał na wozie na odpowiednią chwilę. Ta nastała, gdy po kilkukrotnym przekomarzaniu się Veron leżał na łopatkach pod triumfującym już rycerzem. Flint oblizując wargi skoczył na plecy tamtego, dźgając go swym sztyletem w bok (słaby punkt zbroi rycerzy gwardii królewskiej). Rycerza przeszyła fala potwornego bólu. Flint nie zamierzał jednak na tym poprzestawać. Po szybkim przekręcaniu noża w lewo i prawo wyciągnął ostrze z ciała delikwenta i ponownie je wbił, tym razem w okolicę szyi. Rycerz z impetem upadł na ziemię.
- Musimy wiać! - krzyknął poobijany Veron, podnosząc się z ziemi. - Ich jest jeszcze trzech.
- Tym wozem daleko nie zajedziemy - rzekł Flint wyciągając sztylet z gardła martwego już rycerza.
- Musimy zatem pożyczyć konie naszych znajomych - powiedział Veron łapiąc nóż, który był dotąd zatopiony w czaszce wyższego z rycerzy.
- Ale ja... - jąkał się Flint - ja nie potrafię prowadzić konia.
- Na wszystkie demony - wykrzyczał Veron. - Wskakuj na mojego. Tylko mocno się trzymaj.
Flint zrobił jak zaproponował Veron. Chwycił sie mocno jeźdźca i pognali przed siebie.
Veronowi nie w smak była taka podróż. Już nie wystarczało, że musiał wozić tego leniwego śmierdziela na wozie. Teraz siedział na koniu przyczepiony do jego ukochanego płaszcza. Na wszystkie demony!
Flint jednak był myślami zupełnie gdzie indziej. Ostatnie słowa Verona podsunęły mu świetny pomysł. Oczywiście była to ostateczność, której stwór wolał uniknąć, ale w owej sytuacji możliwe, że nie będzie miał wyboru.
Czujący wyraźny dyskomfort Veron i zatopiony w swoich myślach Flint gnali przez las w nadziei, że zdołają uciec przed żołnierzami gwardii królewskiej.
C.D.N.
R-Chee
niedziela, 21 marca 2010
Licznik odwiedzin: 25207
Lubisz opowiadania online? Interesuje cię fantasy i historie z dreszczykiem? Jeśli tak, to świetnie trafiłeś. Zapraszam na swego bloga.
Witam serdecznie i dzięki za zawitanie na mojego bloga. To moje pierwsze tego typu przedsięwzięcie. Jestem mieszkańcem Rudy Śląskiej, amatorsko piszącym opowiadania, głównie fantasy, s-f, ale także sensacyjne i przygodowe. Mam już na koncie kilka amatorskich projektów pisanych głównie z myślą o moich znajomych. Teraz czas zabrać się za coś poważniejszego. I mam nadzieję, że ów blog będzie pierwszym krokiem w tym kierunku.
Kontakt:
GG - 4964630
mail - rcheep@gmail.com