Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS

Skrajne oblicza miłości.

sobota, 20 września 2008 19:47

 

Witajcie moi drodzy czytelnicy. Z rzeczy najistotniejszych. Wielu pewnie spodziewało by się dziś obiecanej przeze mnie jakiś czas temu kontynuacji Wyspy. Przyznaje się bez bicia, że powrót do owej serii idzie mi niesamowicie topornie i wszyscy którzy czekają na drugi sezon przygód wojaka z Iraku, będą musieli uzbroić się w cierpliwość. Szczerze mówiąc, wciąż w fazie poprawiania są stare rozdziały. Do tego dochodzi mój powrót do Counter'a i fascynacja w zwalczaniu wirtualnych terrorystów. Wybaczcie mym słabością.

 

Ponadto, dziękuje za wszystkie komentarze i wpisy w księdze gości. Jeden z czytelników zasugerował, jakobym usuwał stare komentarze. Nic z tych rzeczy. Zapewniam was, że powodem niewyświetlania się starych wpisów w księdze gości są tylko i wyłącznie ograniczenia jakie narzuca serwer bloog.pl. Próbowałem coś w związku z tym zrobić, ale z obawy o utracenie części archiwów, wolałem pozostać przy obecnej formie. Znacznie lepiej wygląda sprawa walki ze wszelkiego rodzaju spamem. Konsekwentnie banuje każdy adres IP z którego dopuszczono się profanacji mojego azylu. Dziś np. Jakiś dowcipniś (albo raczej boot) zamieścił we wszystkich komentarzach linki do jakiś stron z testami IQ. Już więcej ich nie wyśle. Przynajmniej nie z tego adresu.

 

Co do właściwego tekstu, to dziś prezentuje wam 4 krótkie opowiadania stworzone rzez mojego znajomego Radosława, ukrywającego się pod pseudonimem andrew000. Czeka was podróż od niewinnych historii o miłości, po mroczniejsze, wręcz kontrowersyjne utwory, w których najważniejszą rolę odgrywa skrywana głęboko ludzka natura. Mamy zatem strach, cierpienie, a w końcu sadystyczne okrucieństwo. Prawdę mówiąc, miałem sporo wątpliwości nad zamieszczeniem ostatniego z opowiadań, ale wygrał duch wolności w sztuce. Nie polecam go jednak osobom wrażliwym. Czekam na wasze wrażenia z lektury.

 

Pierwszy tekst dedykuje mojej przyjaciółce Karolinie. Całusy :*

R-Chee

 

 

 

 

********************************************************************************

 

 

Kochając Ryśka.

 

 

Przez cały dzisiejszy poranek myślała o nim. Wszędzie widziała tylko jego twarz i wyobrażała sobie jak się w niego wtula. Wiedziała, że dzisiaj będzie ten wieczór. Wieczór, który zostanie zapisany w jej pamięci do końca życia. Już zdążył nad ranem przedzwonić do niej, do pracy i powiedzieć jej, że ją kocha i zaprasza wieczorem na kolację do Casa del Torro. Z tego co wiedziała jest to jedna z najdroższych restauracji w mieście położona niedaleko ratusza na rynku. Była szczęśliwa.

Spojrzała na biały, ścienny zegar wiszący nad biurkiem Anki, jej przyjaciółki z pracy. Wskazówki pokazywały piętnastą dwadzieścia sześć. Jeszcze pół godziny i wróci do domu, przygotuje się i będzie czekała na Ryśka. Oczami wyobraźni widziała jak razem jedzą kolację przy świecach, restauracyjna orkiestra skrzypków gra przy ich stoliku, a Ona i Rysiek wymieniają romantyczne spojrzenia, uśmiechają się i rozmawiają o tym jak minął dzień. Widziała jak w pewnym momencie Rysiek wstaje z krzesła, powoli podchodzi i klękając, wyciąga pierścionek wypowiadając te kilka magicznych słów. Utrzymała tą myśl w pamięci na dłużej i serce jej mocniej zabiło.

-Marta, nic ci nie jest? –Głos Anki wyrwał ją ze świata marzeń i sprowadził na twardą ziemię.

-Nie, nic. Po prostu się rozmarzyłam. –Odparła nie przestając myśleć o wieczornej kolacji.

Anka uśmiechnęła się i powróciła do przepisywania przemówienia dla kierownika.

Tak, trzeba się skupić i skończyć pracę a marzenia zostawimy na później. Mimo to wiedziała, że go kocha i oddałaby by wszystko, żeby Rysiek był szczęśliwy. Uśmiechnęła się pod nosem dumna z siebie, że tak cierpliwie znosi to siedzenie i czekanie. Warto czekać. Wieczorem będzie nagroda.

 

 

 

 

 

Zobaczyć śmierć!!!

 

 

Stał tak tylko patrząc na scenę, która się odbyła. Wydawało się to być złym snem, nocnym koszmarem, który nawiedza dzieciaki. Widział to jakby przez mgłę.

Nie wiedział jak to nazwać. Po prostu wracał z pracy, jak co dnia o dziewiątej wieczorem tą samą drogą. Aż to się stało. Nie był pewien czy najpierw był huk a potem krzyk. Wszystko działo się z byt szybko. Teraz tylko stał i patrzył. Jego serce waliło i wydawało się, że zaraz wyrwie się z drżącej kruchej piersi. Paraliżujący strach nie dopuścił nawet możliwości wydania krótkiego skowytu. Stał, a chęć ucieczki co raz bardziej była przygłuszana przez paniczną świadomość tego co się zaraz stanie.

Jego oczy otwarły się jeszcze bardziej, gdy to coś powoli zaczęło przysuwać się do niego. Nie! To coś nie przysuwało się, tylko pełzło w jego kierunku. Z zasianej (3metry) paraliżującymi płomieniami (2 metry) strachu podświadomości (metr) wyrwał się lekki, cichy krzyk.

To coś było już pod jego nogami. Był wstanie spojrzeć w paciorkowate, czarne ślepia stworzenia, gdy krzyk w jego głowie nabrał potężnej mocy: UCIEKAJ.

Ruszył w drugim kierunku. Nie obrócił się gdyż nie chciał wiedzieć czy to coś go ściga. Serce tłukło o wewnętrzną część żeber. Szybciej! Płuca przestały być lekkie. Z trudem łapał oddech. Jeszcze trochę, główna ulica już nie daleko. Mózg bębnił w jego czaszce. Co to było? Jeszcze kilka metrów. Przecież to było wielkie jak diabli. Serce zabiło mu szybciej. Już jest główna ulica. Jak to się tu dostało? Jeszcze kawałek.

KLAP.

Coś mocnego i silnego zacisnęło się na jego lewej kostce, którą przeszył przeraźliwy ból. Spojrzał do tyłu i z jego gardła wydał się paniczny krzyk, krzyk ostatniej szansy. Niech to ktoś usłyszy, Boże pomóż. Poczuł ciepłą krew wypływającą z jego nogi. Szarpnięcie, chrzęst, znowu krzyk, tym razem rozpaczliwej bezsilności wobec przytłaczającej siły tej sytuacji.

Znowu szarpnięcie. Boże nie!

Nagle usłyszał strzał. Jego noga była wolna. Drugi strzał. Stworzenie zawyło i opadło z głuchym klapnięciem. Spojrzał w tył skąd dobiegł strzał. Zobaczył tam dziwnie ubranego człowieka. Serce nadal waliło ale świadomość mu powiedziała, że już po wszystkim. Jest tu ktoś kto nad tym zapanował. Tak, koniec.

-Nic ci nie jest? –Zagrzmiał mężczyzna.

-Nie, chyba nie –odpowiedział drżącym głosem nie ukrywając tego, że jest przerażony –Moja noga. Chyba...

-To źle. – przerwał mu człowiek w dziwnym stroju.

Teraz to do niego dotarło. Stworzenie nie żyje ale on też powinien.

-Nie, proszę nie. –Wydał z siebie błagalny głos. –Ja mam rodzinę.

Zobaczył jak mężczyzna podnosi bron. –Nie proszę. –Zaczął płakać.

BLAM.

Wszystko ucichło.

 

 

 

 

 

Nieokreślone cierpienia.

 

Siedział na podłodze w saloniku cały obryzgany krwią. Rękami przyciskał do siebie martwe, bezwładne ciało kobiety. Płakał.

Boże dlaczego? Przecież ją Kochałem. Dlaczego na to pozwoliłeś?

Nie. To ja powinienem się bardziej uspokoić. Wiedział, że zabił ją z zimną krwią, poszło o coś niewielkiego, coś czego nie powinien zauważyć, a jednak.

Błahy powód.

Nie powinien być taki ostry. Powinien był się bardziej uspokoić, bardziej panować nad sobą. Teraz za późno. Teraz już trzymał martwe ciało. Tulił je tak jakby tylko spało, jakby zaraz miała się obudzić i powiedzieć to co zwykle. Jednak było za późno. Na tą myśl łzy popłynęły jeszcze obficiej. Co ja zrobiłem? Boże nie!

Teraz wstał trzymając ją na rękach. Przeszedł powoli pokuj i ułożył ją na kanapie. Odgarnął jej włosy z czoła i szlochając ucałował. Wybacz mi kochanie. Ja naprawdę nie chciałem. Boże spraw by ona ożyła. Boże! Wiedział, że to była jego wina. Powoli zaczął czuć potężną odrazę do samego siebie. Potem niechęć, aż nienawiść, której nie czuje się nawet do wroga. Ty skurwysynie. Pomyślał adresując te wszystkie słowa sam do siebie.

Siedział przy kanapie i płakał trzymając w objęciach jej ciało kołysząc się lekko w przód i w tył niczym sierota. Ślepe spojrzenie błądziło gdzieś w głębi pokoju. Tak, jestem skurwielem, którego powinno się zaszczuć jak psa. Łzy spłynęły z po policzku. Zacisnął wargi. Nie wiedział co miał robić. Chciał tylko się zabić. Pożałować, że zrobił coś tak okropnego. Kochał ją. Był szczęśliwy. A teraz będzie musiał żyć bez niej. Nie powącha jej włosów, nie usłyszy tego słodkiego głosu, nie pocałuje jej ust.

-Wybacz mi. –Wyszeptał roztrzęsionym głosem. –Wybacz mi, że cię zwiodłem.

 

 

 

 

 

 

UWAGA! TEKS ZAWIERA SCENY BRUTALNE, NIE ODPOWIEDNIE DLA OSÓB WRAŻLIWYCH! CZYTASZ NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ! (może lekko przesadzam, ale lepiej się zabezpieczyć :) )

 

 

 

Wspomnienia PSYCHOPATY.....

 

Nie pamiętał jak to się zaczęło. Po prostu przedstawił się, przeszedł przez próg, a w następnej chwili ona była martwa. Przez szyję biegło cienkie czerwone rozcięcie, z którego wylewała się ciepła, czerwona ciecz. Nadal tkwił w niej i kąpał się w jej krwi. Lubił patrzeć jak bezwładne, nagie ciało lekko podskakiwało pod wpływem jego pchnięć. Nie zastanawiał się czy zostawi jakieś ślady, nie obchodziło go to. Ważne, że osiągnął szczyt nadal tkwiąc w środku. Powoli długim nożem typu „Rambo” rozciął podbrzusze dziewczyny, krew zaczęła bryzgać na wszystkie przypominając fontannę z niewielkim bajorem, prowadząc nóż coraz niżej ku kroczu dziewczyny. Nie bawiło go już oglądanie tego od zewnątrz, chciał wiedzieć jak wszystko wygląda od środka. Chciał ponownie poczuć ten niezwykły zapach. Cierpki i słony wymieszany ze stęchlizną martwego i potem żywego ciała.

Wyszedł z niej na chwilę i dopiero teraz zobaczył, że jej włosy koloru blond, w tym momencie mocno zanieczyszczone stale tryskającą krwią. Przyjrzał się rozcięciu na gardle, następnie jego wzrok podążył nieco niżej na nagie piersi, które jeszcze parę naście minut temu tak pięknie falowały pod wpływem wdychanego i wydychanego powietrza. Teraz spojrzał na rozcięcie nad sromem dziewczyny. Powoli zaczynał delektować się tym widokiem, tym czym chwilę temu zrobił. Dokonał tego z zimną krwią. Teraz zrozumiał, że jego penis ponownie stał się sztywny.

Chwycił dłońmi krawędzie rany na podbrzuszu i zaczął ją rozwierać. Teraz widział wszystko. Jelita, żołądek, organy płciowe, które lekko przekrzywiły się w nienaturalny sposób. Chwycił rozcięty w pół mały, jasno-szary woreczek. Nałożył go sobie na usta i się uśmiechnął.

- Mam cię Kochanie.

 

andrew000             

 

komentarze (2) | dodaj komentarz

Udało się! Pierwszy rok za nami!!!

wtorek, 19 sierpnia 2008 21:59



 

No i udało się. Z nieskrywaną dumą chciałem poinformować, że Mroczna Strona Wyobraźni, mój autorski blog literacki, doczekał sie swoich pierwszych urodzin. Jestem bardzo szczęśliwy, że pomimo różnych przygód, zdołałem jakoś przetrwać ten pierwszy rok, a nawet wyrobić sobie pewną pozycję w świecie blogerów.



 

 


A co to się nie działo w przeciągu ostatnich 366 dni (rok przestępny)? Zacznijmy od tego, że udało mi się zakończyć studia i obronić pracę licencjacką, w czym doraźnie pomogli mi redaktorzy Wiadomości Rudzkich. W międzyczasie, ze względu na fatalną atmosferę i kiepskie w stosunku do wykonywanych obowiązków zarobki, zrezygnowałem ze stanowiska brygadzisty w firmie produkcyjnej w Bytomiu. Po 105 dniach znalazłem nową, lepszą pracę. W dodatku pierwszą z której jestem szczerze zadowolony. Gwoli ścisłości, pracuje w sklepie elektronicznym.

W domu także wiele się działo. Brat wrócił z wojska i z miejsca rozpoczął ciężką, ale dającą niezłe dochody pracę.

Niemal całe wakacje rodzice przeprowadzali w domu generalny remont (już powoli kończony). A ja korzystając z okazji wybrałem się z bratem i kumplem nad morze, którego nie widziałem od przeszło 15 lat. Trochę krótko, ale były to moje najlepsze wakacje od lat. Ucieszyła mnie także porażka PiSu w wyborach parlamentarnych, oraz zakup nowego laptopa i odnowienie kilku znajomości dzięki rejestracji na portalu Nasza Klasa.

Z kolei wyjątkowo smutne okazały się dla nas Mistrzostwa Europy w piłce nożnej, a dla mnie osobiście: kradzież nowego roweru jaki dostałem od brata na urodziny. A miałem wobec niego takie ambitne plany. Ech...



 

 

 





Wracając jednak do bloga. O ewentualnym jego prowadzeniu pomyślałem po raz pierwszy na długo przed jego założeniem. Po tym jak skończyłem z tzw. pisaniem do szuflady i postanowiłem aktywniej uczestniczyć w życiu internetowym, moje dzieła można było znaleźć na różnych forach, głównie tych na których wykazywałem szczególną aktywnością. Ogromną rolę odegrały tu zwłaszcza moja przygoda z Ogame.pl oraz ludzie, których dzięki owej grze poznałem. Dziś co prawda odciąłem się od tej formy rozrywki, ale przyznać trzeba, że to właśnie dzięki uczestnictwu w tej zabawie nabrałem wystarczająco dużo pewności siebie, by wypłynąć na szersze wody.


 


Dlaczego wybrałem taką formę? Chciałem się jakoś pokazać, podzielić tą odrobiną talentu, który notabene jest na razie jedynym dotąd przeze mnie odkrytym. Internet i własny blog dają wiele możliwości. Znacznie więcej niż inne media, a do tego każdy może znaleźć w nim miejsce dla siebie, swój własny azyl. Ponadto taka forma jest darmowym, najłatwiejszy w prowadzeniu i najprostszy w promowaniu sposobem dotarcia do jak największej liczby ewentualnych odbiorców.

 



O wyborze serwisu blogowego zadecydował przypadek. Nie wiedziałem wtedy, który serwis jest najlepszy. Posłużyłem się intuicją. Dwie pierwsze próby były totalnymi porażkami. Później, zainspirowany blogiem jednej z rysowniczek komiksów internetowych postanowiłem spróbować sił na bloog.pl. No i mimo braku pewnych udogodnień, ograniczeniu zaawansowanych opcji i praktycznie braku jakichkolwiek sensownych statystyk, przywiązałem się do tego serwisu i pomimo dyktowanych chwilową frustracją zapowiedzi, że czas w końcu przenieść się na bardziej profesjonalny serwer typu wordpress, raczej pozostanę tu gdzie jestem. Bloog.pl ma też swoje zalety, a i nie czuję potrzeby posiadania jakiś dodatkowych, w moim przekonaniu zbędnych, bajerów.


 


Nie bez przyczyny podałem za przykład wordpressa Tak się akurat złożyło, że nim zacząłem przygodę z własnym blogiem, pilnie śledziłem inne, najpopularniejsze ówcześnie tego typu przedsięwzięcia, takie jak chociażby Gniot Mierzwiaka. Po tym jak ów blog odszedł w niepamięć, uznałem że pustkę po nim wypełnić może nowo powstały HaeS BloG, dodajmy, blog właśnie wordpressowy. Widząc potencjał autora, postanowiłem zaangażować się w rozwój HaeSa i tak po pół rocznej, z każdym dniem coraz śmielszej korespondencji z Hubertem Staniszewskim wyszedłem z propozycją wspólnego prowadzenia jego „dziecka”, na co HaeS, ku memu zaskoczeniu, przystał z wielką ochotą. Skorzystaliśmy na tym oboje, bo bądź co bądź pojawiały się na Haesie recenzje filmów i seriali mojego autorstwa, których z racji statusu Mrocznej Strony Wyobraźni (blog wyłącznie literacki) nie powinny się na mym autorskim blogu pojawić. I choć na HaeSie pisuje raczej gościnnie, staram się włożyć dużo serca w swoje teksty, by Hubert nie oskarżył mnie o psucie jego wizerunku. Jak na razie współpraca układa nam się wyśmienicie, choć Hubert zarzuca mi ostatnimi czasy, że praktycznie nic już na HaeSie nie zamieszczam. Cierpliwości panie niecierpliwy.




 


 

 



Teraz troszkę statystyk. Bloga odwiedzono dotąd ponad 9,5 tys razy (odliczyłem wejścia które sam wygenerowałem; niestety taki urok bloog.pl), co jest wynikiem z jednej strony dobrym, z drugiej jednak nie najlepszym. Po początkowej fali, której punktem kulminacyjnym było 4300 wejść (do tego czasu średnio 100 wejść dziennie), nastąpiło załamanie i kilkunastotygodniowy okres przejściowy, w czasie którego odwiedzalność bloga spadła praktycznie do poziomu zerowego. Blog ożywił nieco, gdy w życie wszedł zaproponowany przez moją koleżankę Ewelinę (serdecznie pozdrawiam) pomysł z zamieszczeniem artów, będących odzwierciedleniem postaci i wydarzeń opisanych w opowiadaniach. Pomysł wypalił. Nie ukrywam, że sporą cześć obecnych wejść (których liczba oscyluje na poziomie 15-40 wejść dziennie) generują owe pliki jpeg. Co warte podkreślenia, każdy zamieszczony na blogu obraz jest wklejony legalnie, przy pełnej zgodzie autora i zastrzeżeniu by obok obrazka znalazł się link do pozostałych jego prac. Arty wyszukuje w serwisie DeviantArt i do tej pory ze swoich dzieł pozwolili mi skorzystać: Dizzyfool (United Kingdom), NGArt (Bulgaria), Devrimkunter (Turkey), tare-musume (United States), GENZOMAN (Chile), Taurina (Costa Rica), Dozzy (Philippines), dyspomaniart (Australia) i -shadowchild- (Netherlands). Many thank to all of you!! Jak widać mogłem poczuć się jak członek globalnej wioski.

 



Ponadto, zamieściłem na blogu 30 wpisów, z czego zdecydowana większość skupiała się na napisanych przeze mnie opowiadaniach. Wiem, że średnia w postaci jednego wpisu na 12 dni nie jest wielkim osiągnięciem, ale pamiętać musicie moi drodzy o tym, że napisanie przyzwoitego opowiadania nie jest kwestią godzin, a niestety dni.


 

Pojawiły się także trzy wpisy gościnne, w tym jeden autorstwa HaeSa, właściciela drugiego blogu na którym pisuje. Do owych trzydziestu wpisów napisaliście 54 komentarze (w większości autorstwa znanych mi z reala ludzi), oraz osiemnastokrotne wpisaliście się do mojej księgi gości. Nie są to liczby wbijające w fotel, ale zapewniam, że każdy zamieszczony wpisik jest dla mnie sporym bodźcem mobilizującym mnie do dalszej pracy.







No właśnie. Co do planów na przyszłość, mam kilka pomysłów na wpisy, które z chęcią zamieściłbym na HaeS BloG. Nad jednym obecnie intensywnie pracuje.

 


Co się tyczy mojego bloga, to już pewnie zauważyliście, że pojawiły się na nim pewne zmiany. Poświęciłem istniejące do tej pory na stronie linki, by stworzyć interaktywny, podzielony na subkategorie spis treści, uwzględniający wszystkie do tej pory zamieszczone na blogu opowiadania. Takie ułatwienie nawigacji podważyło sensowność dalszego istnienia kalendarza i archiwum w dotychczasowej formie, toteż usunąłem je z menu. Od niedawna możecie również podziwiać nowe logo, które wykonałem samemu. Moja buźka pochodzi z prywatnych zbiorów.

 



Ale pomijając kwestie techniczne Ku uciesze niektórych osób, Mroczna Strona Wyobraźni zostanie wkrótce „zaopatrzona” w nowe rozdziały, nieco pokrytej już kurzem Wyspy. Przyznaje, że mam spore problemy z powrotem do tej historii, co związane jest z faktem, że z perspektywy czasu opowieść ta nie wydaje mi się już tak atrakcyjna jak kiedyś. Do tego zauważyłem także, że poprzednie części wymagają gruntownych poprawek, czyt. odświeżenia, przy czym sama treść pozostanie oczywiście nienaruszona. Obiecałem sobie, że nie wezmę się za żadną inną historię, dopóki nie skończę Wyspy. W chwili obecnej jestem w fazie poprawek. Ile mi jeszcze zejdzie dni nim doprowadzę tę historię do końca, czas pokaże.

 



Co się tyczy innych projektów, to z pewnością niejednokrotnie na łamach blogu zagoszczą jeszcze opowiadania z cyklu Kronik Gildii Magów. Co warte podkreślenia, opowiadania nie tylko związane bezpośrednio z rozwijanym przeze mnie obecnie głównym wątkiem. W praktyce oznacza to ni mniej ni więcej, że mogą pojawić się kolejne pojedyncze historię przypominające Smoczy Skarb. Ponadto, wiedząc jak trudno brnie się przez dłuższe, podzielone na rozdziały utwory, wątpię bym skusił się jeszcze na kolejną sagę. Swoją uwagę skupię raczej na pojedynczych historiach, przypominających formą zamieszczone niedawno TRAFORMERS, czy napisany przez Huberta „Dziecinny Strach. Dodam przy tym, że oba te teksty, podobnie ja pierwszy rozdział Wyspy, poddane zostały ocenie na Weryfikatorium. - forum skupiającego pisarzy-amatorów z całej Polski. W oczach jury teksty wypadły przyzwoicie. Tu macie linki:

 


Wyspa Rozdział I


TRAFORMERS;

 

Dziecinny strach.

 




I wciąż jestem otwarty na wszelakie opowiadania gościnne.



 

 

 




Na końcu wypadało by podziękować wszystkim którzy dotąd odwiedzili mojego bloga. Serdecznie dziękuje za każdą chwilę jaką (z zainteresowaniem lub bez) spędziliście na lekturze moich dzieł, a także za każdy wpis jaki na blogu pozostawiliście. Wiem, że bywają kłopoty techniczne z ich zamieszczaniem (urok bloog.pl), tym bardziej dziękuje. Nie będę wymieniał nikogo z nicka, by o nikim przypadkiem nie zapomnieć. Wielu jednak zasłużyło na moją wdzięczność. Cieszę się także, że mogłem udzielić mojego pierwszego wywiadu dotyczącego prowadzonego przez się blogu oraz mojej aktywności w świecie blogerów. MEGA DZIĘKI!

 



A więc do zobaczenia przy okazji następnego wpisu.

 



Pzdr.

 



komentarze (1) | dodaj komentarz

TRAFORMERS czyli jeden dzień z życia pewnego sprzedawcy.

niedziela, 13 lipca 2008 22:14

 

Witajcie moi mili. Tak, wiem, znowu kazałem na siebie strasznie długo czekać. Cóż mogę powiedzieć na swoje usprawiedliwienie. Jakiś czas temu rodzice rozpoczęli generalny remont. Trochę to już trwa, a sporo zostało jeszcze do zrobienie. Przyznaje, że jestem raczej pomocnikiem biernym (pomagam nie przeszkadzając) ale trudno w takiej sytuacji o beztroskie wklepywanie klawiszy na klawiaturze. Do tego dochodzi jeszcze moja praca zarobkowa. Pewne zniechęcenie przyszło także jakieś półtorej tygodnia temu, gdy z olbrzymim zaskoczeniem odkryłem, że ktoś włamał się do naszej piwnicy i ukradł mój nowy rower. Wielce prawdopodobne jest, że złodziejem jest ktoś kogo znam, acz za rękę nie złapałem, więc bezpodstawnie nikogo nie oskarżę.

 

 

Ale dość tych tłumaczeń. Wiem, że rozumiecie, iż napisanie przyzwoitego tekstu to nie jest prosta sprawa, a już na pewno nie dla kogoś, kto ma wiele innych obowiązków. Widziałem, że pojawiło się od ostatniego razu trochę nowych wpisów i komentarzy, za które jestem ogromnie wdzięczny. Działa to bardzo inspirująco, podobnie zresztą jak dotyczące blogu rozmowy na żywo, czy przez gg (jak chociażby wywiad jaki przeprowadzono za mną w związku z pisaną przez jedną z czytelniczek pracą magisterską).

 

 

Dzisiaj przedstawiam zapowiadany od dłuższego czasu w pewnych środowiskach tekst, inspirowany moimi ostatnimi miesiącami życia. Niestety, lektura jest dość obszerna, a część anegdotek w nim zawartych będzie zrozumiała tylko przez konkretne grono czytelników. Jakkolwiek, mam nadzieję, że ów tekst przypadnie wszystkim do gustu, a osoby które mogły by z takich czy innych powodów poczuć się urażone, potraktowały ten tekst z dystansem i olbrzymim przymrużeniem oka. Tytuł inspirowany fajnym filmem. Bonus dla tego, kto odgadnie pierwszy :D

 

 

Art wyjątkowo wykonany przeze mnie samego. Wspomnę także, że zaktualizowałem nieco linki. Z nowych pozycji szczególnie polecam fotoblog Torill.

Pzdr.

R-Chee

 

 

**************************************************************************************************

EKIPA TRAFO

 

Ekipa TRAFO. Od lewej: Bastian, Kasia, pan Mirek, Piotr, ja i pan Radek.



TRAFORMERS



 

Hej. Nazywam się Adam. Chciałem przedstawić wam moją historię. Wielu z was może mi nie wierzyć, ale zapewniam was, że wszystko to wydarzyło się naprawdę i bardzo mocno zapisało się w mojej pamięci.

 

 

Historia dotyczy mojej przygody związanej z moją poprzednią pracą, a mianowicie sprzedawcy w sklepie elektronicznym Trafo. Nie, nie sprzedawaliśmy sprzętu RTV czy AGD, ale raczej wszystko to, co w owych sprzętach się znajduje. Nie będę was zanudzał tymi wszystkimi nazwami, bo sam do dziś nie poznałem całego naszego asortymentu. Jeśli jednak naprawdę chcecie wiedzieć co sprzedajemy, to chwyćcie do ręki coś ciężkiego (tak, może być np. Cegła) i kilkukrotnie zbliżcie ją z dużą prędkością do waszego telewizora, komputera czy odtwarzacza DVD. To co znajdziecie w środku możecie na ogół zakupić w Trafo. Mówię „na ogół” bo dziś bardziej opłaca się zakupić nowy sprzęt niż inwestować w naprawianie starego, nawet jeśli darzymy go szczególnym sentymentem, bo np.: dostałeś go w spadku po zmarłym wujku z ameryki, kupiłeś w promocji i wciąż masz ważną kartę gwarancyjną, czy jakiś Wietnamczyk (których kulturą z niewiadomych mi przyczyn jesteś zafascynowany) wcisnął ci go na jakimś pchlim targu.

 

 

Wracając jednak do tematu. Do sklepu trafiłem dość przypadkowo. Gdy ja, jak to miałem w zwyczaju, drzemałem po wyczerpującym, całonocnym śnie, moja matka surfowała po internecie w nadziei, że pozbędzie się, przynajmniej na jakiś czas, pasożytów z domu (czyt. mnie). No i w końcu trafiła na informacje, jakoby w Trafo potrzebowali rąk do pracy. To ja na to:

- Zostawię im swoje ręce, a sam pośpię sobie jeszcze troszkę.

Matka była jednak wyjątkowo zdecydowana i konsekwentna. Chcąc nie chcąc, musiałem wyruszyć na spotkanie z nieznanym.

 

 

 

 

Na rozmowie kwalifikacyjnej poznałem pana Radka i pana Mirka - właścicieli firmy. Najwyraźniej zrobiłem na nich nie najgorsze wrażenie, bo zaproponowali mi pracę. No i się skończyło leniuchowanie.

Z czasem dowiedziałem się co nieco o obu szefach. Pan Mirek był aktywistą, społecznikiem, świetnym kompanem do rozmów i furiatem. Jego przeciwieństwem był pan Radek. Spokojny i opanowany elektronik oraz sportowiec... zamiłowany... uzależniony... obsesyjny...

Czego by jednak nie powiedzieć o szefach, byli porządnymi ludźmi.

 

 

Następny w hierarchii był Bastian. Bystry, porządnie wyedukowany i zawsze dobrze ubrany specjalista od spraw specjalnych. Jego naturą były zamówienia, logistyka oraz dobruchanie uporczywych klientów za pomocą odpowiedniej dawki wazeliny oraz wszelakich, nawet najbardziej abstrakcyjnych obietnic.

Królem programowania i jedną z najważniejszych osób na produkcji był Piotr - obdarzony wielkim spokojem i głęboką wiarą brodaty chłopiec, ciągle szukający w zachwytach innych ludzi inspiracji i natchnienia do pracy. Charakteryzowało go także olbrzymie poczucie humoru i niezdrowa maniera wyszukiwania w internecie głęboko ukrytych informacji o swych znajomych. Mimo to zawsze wywoływał u mnie pozytywne emocje.

Była także pani Kasia. Młoda, urodziwa i zawsze ładnie pachnąca panna, bardzo zawyżająca średnią atrakcyjności pracowników Trafo. Do tego narzucała nam porządek, dyscyplinę i zamiłowanie do jedzenia.

Prócz stałego składu, przez firmę często przewijali się pracownicy tymczasowi, pomoce wakacyjne oraz praktykanci. Wśród nich prym wiedli brat Bastiana - Cześ muzykant, oraz dwóch praktykantów: Mariusz, członek klubu miłośników Skody i sprzedawca komórek (jako że marzył mu się prywatny punkt GSM) oraz Luk-san - mały japoński mistrz aikdo który, zafascynowany naszą kulturą, przyjechał na wymianę uczniowską.

 

 

 

 

Nadszedł w końcu ten dzień, w którym po raz pierwszy miałem stanąć za kasą. Nim jeszcze zdążyłem wejść do sklepu, moją uwagę przykuł jakiś połyskujący metalicznie przedmiot, przywieszony obok wejścia. Po bliższych oględzinach okazało się, że na sznurku wisi pistolet i to w dodatku naładowany.

- Dzień dobry - przywitałem się ze wszystkimi. - Możecie mi powiedzieć, co ta broń robi obok drzwi?

- Broń? - zastanowił się Bastian. - A tak! To taka nasza dodatkowa usługa. Zazwyczaj korzystają z niej załamani klienci, którzy nie znaleźli u nas tego czego szukali. W tamtym tygodniu mieliśmy chyba rekord jeśli chodzi o zgony.

- Aha. Ale... - zawahałem się - nie myśleliście może o... nieco innym sposobie... rozwiązywania... problemów klientów.

- No w sumie tak, ale pomysł z zapadnią z wygłodniałymi krokodylami na dnie nie wypalił. Licencja zbyt droga.

Po tym niecodziennym odkryciu nadszedł czas na przygotowania do otwarcia sklepu. Wiele rzeczy miało mnie jeszcze tego dnia zaskoczyć.

 

 

 

 

- No to otwieramy - rzekł Bastek po godzinie przygotowań i nakazał Mariuszowi przekręcić klucz w drzwiach.

- Zaraz się przekonamy jak wygląda praca w Trafo - powiedziałem cicho, ale chyba inni usłyszeli, bo uśmiechnęli się do mnie z sympatią. A może po prostu nadal śmieszyła ich wielka, mokra plama na mych spodniach, będąca wynikiem mojego niezdarnego obchodzenia się z kubkiem?

 

 

 

 

Na początku panował spokój. Ale była to jedynie cisza przed burzą. Piotr udał się do części produkcyjnej Trafo. Pracował obecnie nad symulacją trzęsienia ziemi dla japońskiego potentata w dziedzinie budownictwa, niejakiego Nahuja Mitachata. Bastek począł czynić zamówienia, nie oszczędzając przy tym swojego pojednawczego tonu, a jego brat Czesio chwycił w rękę pędzel i zabrał się za malowanie drzwi na zapleczu, przyśpiewując przy tym jakieś ludowe pieśni. Ma chłopak talent, trza przyznać. Ja, Kasia i naszych dwóch praktykantów zajęliśmy miejsca przy kasie, cierpliwie czekając na klientów.

Pamiętaj, czego cię uczyli. Nie daj się ponieść emocjom.

 

 

Wkrótce zaczął się napływ klientów. Nadchodzili falami. Czasem sklep świecił pustkami, by w ciągu jednej minuty wypełnić się po brzegi. I na odwrót. Moim pierwszym klientem był jakiś dziwnie opalony, długowłosy chłopina, w czapce z daszkiem z napisem WestTrans. Podał mi jakiś element, rzekomo kupiony u nas (co potwierdził paragon), twierdząc, że ów nie działa prawidłowo. Cwaniak nie wiedział jednak na kogo trafił. Mianowicie... obok stał szef Radek, przypadkiem podsłuchujący naszą rozmowę. Miał akurat chwilę, bo czekał, aż mu Bastian przygotuje jakieś dokumenty, więc postanowił mnie wspomóc. Chwycił do ręki element i stwierdził, że brak na nim wyraźnych oznak uszkodzenia (czyt. że wygląda na sprawny). Klient nie uwierzył. Popełnił wszak błąd niewybaczalny, bo kto jak kto, ale szef Radek na elektronice znał się jak nikt inny. Nie minęło nawet 5 minut, a na ladzie stały już wyciągnięte z tej okazji zasilacz, oscyloskop i dwa mierniki (wszystko poprzeplatane kilometrami przewodów). Wszystkie pomiary przeprowadzone przez pana Radka potwierdziły jego tezę. Element sprawny, klient upokorzony, a szef Radek - niewzruszony. Był mistrzem nie tylko w dziedzinie elektroniki, ale także w ukrywaniu emocji. Chyba nigdy do końca go nie rozgryzłem.

- Pan Radek jest świetny, nie sądzisz? - zagadał mnie po tym zdarzeniu Bastek.

- No, jestem pod wrażeniem. Ale po co tyle zachodu? O jedną małą diodę?

- Może i tak. Ale widziałeś minę tego gościa.

- No - odparłem z uśmiechem. - Bezcenne.

 

 

 

 

No i się sprzedaż zaczęła na całego. Po młodym elektroniku kupującym zestaw do samodzielnego montażu (konkretnie: maszynkę do usuwania włosków między palcami) pojawiali się nowi klienci. Następny w kolejce był jegomość z wąsem. Widać było jak na dłoni, że upały mu nie służą. Biedaczysko spocił się jak szara mysz i gdyby nie klimatyzacja, pewnie by na naszych oczach wyzionął ducha.

- W czym mogę pomóc - rzekłem.

- Sprężone powietrze u was dostanę?

- Tak - odparłem, choć zdawałem sobie sprawę, że panu od sprężonego przydało by się bardziej powietrze świeże.

- W jakich pojemnikach macie?

- Niebieskich - odrzekłem nie do końca rozumiejąc o co chodzi.

- Nie, nie. Chodziło mi o pojemność - stwierdził tamten wyraźnie się niecierpliwiąc.

Po chwili cała gama opakowań ze sprężonym powietrzem znalazła się na ladzie, by klient mógł je obejrzeć, dotknąć a nawet powąchać.

- Biorę tę - powiedział po chwili zastanowienia, wskazując na największe z opakowań. Zapakowałem ładnie w super wytrzymały i nieszkodzący środowisku woreczek foliowy i dumny z siebie zarobiłem szesnaście polskich złotych.

 

 

 

 

- Dzień dobry - rzekł kolejny klient.

- Dzień dobry - odparłem.

Przede mną stał dość wysoki pan, ubrany w niebieskie, nieco już schodzone ogrodniczki. W oczy rzucał się także wydatny nos. Dosłownie i w przenośni.

- Odsyp mi pan dwa kilo ziemi. Ale takiej najlepszej, bo to pod chwasty mojej cholernej starej. A nie chciałby jej pan widzieć wnerwionej.

- Mógłby pan powtórzyć - odrzekłem zdziwiony, bo się chyba przesłyszałem.

- No, ziemi chcę. Dwa kilo.

- Proszę chwilkę zaczekać.

- Bastek - rzuciłem siedzącemu na zapleczu koledze. - Jakiś gościu chce ziemie kupić. Mamy jakąś na sprzedaż?

- Powiedz mu, żeby sobie nakopała na zapleczu. - Stłumionym śmiechem skwitowaliśmy naszą rozmowę. - Zaproponuj jakiś sklep ogrodniczy - dodał po chwili, już poważniej.

Po tych słowach powróciłem do kasy, spojrzałem na klienta i powiedziałem to, co zasugerował mój kolega z zaplecza.

- Nie macie ziemi. Ale przecież na szyldzie jest napisane „TORF”.

Zacisnąłem mocno zęby, by nie wybuchnąć śmiechem.

- Tam jest napisane „TRAFO”, proszę pana.

- A to jest jakaś różnica?

 

 

Po nader wyczerpującej i długiej rozmowie dotyczącej różnic między istotą torfu a transformatorami, zaprosiłem do kasy następnego klienta.

- W czym mogę panu pomóc - zapytałem kolejnego, dość młodego chłopaka.

- Pomóc! - zapytał wyraźnie poirytowany klient. - Na przykład może mi pan coś sprzedać! - niemal wykrzyczał tamten.

Szykuje się ciężki dzień.

 

Po owym zakompleksionym smarkaczu z okularami o szkłach grubości denka ze słoików, musiałem obsłużyć kolejno: starszego pana, wyjaśniając mu przy okazji, że zwykłych baterii nie naładuje, nawet taką ładowarką za sto dziewiętnaście złotych, wredną babę, którą rzekomo zwodzimy obietnicami bez „pokrycia” oraz nierozgarniętego najwyraźniej młodszego mężczyznę, proszącego o bezprzewodowy kabel do neostrady.

 

 

 

 

- Adaś. Choć tu na chwilę. - Usłyszałem głos szefa Mirka. - Pokażę ci jak nawijać przewody na belki.

- Ok, już pędzę.

Wyglądało na to, że szef chce mi dać chwilkę na odsapniecie od klientów. W końcu to był mój pierwszy dzień.

- Słuchaj teraz uważnie. Tu jest nasza nawijarka, skonstruowana dawno temu przez pana Radka. Konstrukcja prosta jak budowa cepa. Tutaj jest włącznik, a tu potencjometr, którym regulujesz prędkość obrotów. Nadążasz?

- Tak - odparłem z dumą.

- Ok. To teraz nieco trudniej. Tu masz magiczny patyczek. Wkładasz go, o tutaj. Widzisz? W ten sposób, sękiem na południe. Tu o, to jest magiczne kółeczko, które służy do stabilizacji belki. A w te rowki, o tutaj właśnie, wkładasz tę oto metalową rurkę. Tu masz magiczny śrubokręt, którym zabezpieczysz cała konstrukcję. Wkładasz go o tu i przekręcasz siedem i pół razy w lewo, a potem dwa w prawo. Jego miejsce jest tu, na tym haczyku. A tym pasem musisz się zapiąć, aby nie wypaść przez okno. Po to właśnie są na suficie te cztery uchwyty. Jak zatem widzisz Adamie, nic nie dzieje się tu przypadkiem.

- Jeszcze raz. Ile razy mam przekręcić ten śrubokręt?

- Panie Adamie, pan to ma rozruch jak ruski czołg. Przecież ci tłumacze jak głuchy ślepemu. To wkładasz tu, a potem siedem i pół razy w lewo i dwa razy w prawo. Spróbuj.

Po kilku mniej lub bardziej udanych próbach w końcu powtórzyłem bezbłędnie całą „magiczną” sekwencję. Jednak ów „przerwa” nie trwała długo, bo na sklepie w ułamku sekundy zaroiło się od klientów. Aż czuło się narastające napięcie tych, którzy czekać musieli w kolejce.

 

 

 

 

Jakiś młody studencik robił zakupy. A robił to w tak flegmatyczny sposób, że męczyło samo na niego patrzenie. Bastian starał się go jakoś dyskretnie popędzić, ale temu chyba odpowiadało obrane tempo. Stał, wybierał, przebierał. A ma pan może te przełączniki, ale bardziej czerwone, a ma pan może coś mniejszego od tych, ale większego od tamtych, a ma pan może te kwadraciki tylko bardziej okrągłe? Kulminacyjnym momentem była chwila, gdy ów młodzieniec zapytał jaki dźwięk generuje jeden z pięcio woltowych sygnalizatorów.

- Bzzzzzzzzz. - odparł ktoś z tłumu. Ale fortel poskutkował, bo zawstydzony chłopak pojął aluzję i szybciutko zakończył swoje zakupy.

 

 

- W czym mogę pomóc - zapytałem kolejnego klienta.

- Pól litra poproszę...

 

 

 

 

Jakimś cudem udało nam się w trójkę wraz z panią Kasią i praktykantami obsłużyć wszystkich czekających w kolejce. Nadeszła więc chwila przerwy, której w Trafo czas trwania dyktują klienci.

 

- Adam. Jak chcesz, to zapraszam na pożegnalnego grilla - zagadała niepewnie Kasia.

- Pożegnalnego? A ktoś umarł ostatnio? - wypaliłem.

- Nie, wyjeżdżam za granicę. Z końcem miesiąca odchodzę z firmy, a ty masz mnie tu zastąpić.

Spojrzałem na kalendarz. 29 maj. - Hmmm. A ile tu pracowałaś?

- Trzy lata. Ale nie martw się. Dasz radę. Pamiętaj tylko, aby myć swój kubek i opuszczać deskę w toalecie. Z resztą powinieneś dać sobie rady.

- Dzięki za zaufanie - odparłem krzywo. - A gdzie to właściwie wyjeżdżasz? - zapytałem po chwili.

- Na daleką północ.

- Do Finlandii?

- Nie, na Syberię, do swojego chłopaka.

- Acha. A czym się tam będziesz zajmowała?

- Jeszcze nie wiem. Ale ma mi on jakąś fuchę na miejscu załatwić. Może nawet w tej samej branży co on.

- A wiesz, że na sklepie przed chwilą dwóch facetów się obmacywało? - tymi słowami ostatecznie utwierdziłem Kasię w przekonaniu o mojej niepełnoletności emocjonalnej.

 

 

Zaproszenie oczywiście przyjąłem. Zabawa była przednia. Powyższe djęcie pochodzi właśnie z ów imprezy. Opiliśmy się przyzwoicie i najedliśmy Princessami. Kilkanaście tygodni później dowiedziałem się, że Kasia wraz ze swoim chłopakiem polują na syberyjskie niedźwiedzie, dostając po 5 rubli od każdej upolowanej sztuki. Wyciągają jakieś 25 rubli dziennie.

 

 

 

 

Po miłej rozmowie z Kasią, przyszedł czas na obowiązki. Obsłużyłem kilku klientów i odchodząc od kasy zauważyłem jego. Niewysoki, niezbyt dbający o higienę mężczyzna, w kłującej w oczy barwą koszuli, wszedł pewnym krokiem na teren sklepu.

 

- Dzień dobry panu - odezwał się do mnie. - Chciałem zwrócić autoalarm. Nie działa mi. Byłem u fachowców z naprzeciwka i próbowali podłączyć ten alarm na kilka różnych sposobów, ale się nie dało. Chciałem go zwrócić.

- Jedną chwilkę - odparłem, po czym skierowałem się w stronę Bastka.

- Ok, już idę - rzekł do mnie i spojrzał na klienta. - Ja pana kojarzę. Ale ja panu żadnego zwrotu robić nie będę, bo pan ten alarm najzwyczajniej w świecie ukradł.

- Co kur... Że niby go ukradłem. Tutaj mam paragon. I żądam zwrotu pieniędzy. Ja się z wami cackać nie będę... (potem pojawił się trwający kilkanaście minut dialog, składający się głównie ze wzajemnych oskarżeń o nieuczciwość).

Ni stąd ni zowąd Bastian przeskoczył ladę, dopadł do gościa i kilkoma szybkimi ruchami w stylu Tigera Michalczewskiego znokautował rywala na oczach pozostałych pracowników i klientów sklepu. Następnie złapał jegomościa za ubranie i wyrzucił go przed sklep. Przy wrzawie oklasków i entuzjastycznych okrzyków z dumą otrzepał dłonie i pozostawił awanturnika na pastwę przejeżdżających tu i ówdzie rowerzystów. Tłum wiwatował: BASTIAN!... BASTIAN!...

- ...Bastian! - niemal krzyknął pan Mirek wyrywając naszego kolegę ze świata fantazji. Pseudoklient nadal stał po drugiej stronie lady, mieląc językiem bez końca.

- W czym mamy problem. - Po zapoznaniu się ze sprawą i uspokojeniu rządnych mordu oczu Bastiana (BASTIAN NISZCZYĆ, BASTIAN MIAŻDŻYĆ!), szef zakazał bezczelnemu złodziejowi wstępu na sklep, pod groźbą policyjnej interwencji.

Bastian nie dał się pokonać swoim demonom. Ale może następnym razem będzie okazja by się wykazać...

 

 

 

 

- No proszę, kto tu się zjawił na dole - przywitałem tymi słowami Piotra, który na kilka godzin zaszył się wraz ze swym laptopem w kącie pracowni na piętrze.

- Ale jestem zadowolony - rzucił tamten z uśmiechem od ucha do ucha.

- Co się stało? - zapytałem, wyraźnie zaintrygowany stwierdzeniem kolegi.

- Udało mi się znaleźć buga w oprogramowaniu. Szukałem go dwa dni. Program zapętlał mi się w nieodpowiedniej chwili. Zamiast po trzynastu sekundach i trzystu dwudziestu pięciu tysięcznych, robił to zaledwie po trzynastu sekundach i trzystu piętnastu tysięcznych, a procesor na którym pracuje jest tak skonstruowany, że nie można zmienić tego czasu. Na szczęście znalazłem sposób na obejście tego problemu i za pomocą zmiennej resetującej układ co...

Człowieku! O czym ty do mnie rozmawiasz! - myślałem patrząc na mojego rozmówcę, przytakując mu tylko z uśmiechem. Widać było jednak, że rozmowa ze mną, a raczej ów monolog, w który z pozoru z takim zainteresowaniem się wsłuchuje, sprawiał mu wielką przyjemność. Może czuł się niedoceniany, bo ta wręcz bijąca z jego oczu radość chwyciła mnie za serce i sprawiła, że postanowiłem pod żadnym pozorem nie przerywać mu tej chwili szczęścia. Przecież w końcu kiedyś będzie musiał skończyć...

 

 

 

 

Po pobudzającej do życia rozmowie z Piotrem, powróciłem do kasy. Po jej drugiej stronie stał już niedogolony, opalony na ciemny brąz mężczyzna. Wyglądał jak sprzedawca kebabów z Turcji.

- Jest Bastian? - zapytał.

- Sekunda. - Udałem się na zaplecze, gdzie siedział popijający świeżo zaparzoną kawę Bastek.

- Może też chcesz kawy - zapytał.

- Nie dzięki. Nie pijam. - Nienawidzę tego gorzkiego smaku.

- Nikt nie jest doskonały.

- Jakiś koleś pytał o ciebie. Jakiś Turek chyba - dodałem po chwili.

- A to na pewno Gary.

Bastek zostawił niemal natychmiast swoją kawę i ruszył pędem do kasy.

- Co to za Gary? - zapytałem Piotra, który nadal siedział z nami na zapleczu.

- Sprzedawca kebabów. No i członek KMB rzecz jasna.

- A co to jest KMB? - zapytałem zaintrygowany tym tajemniczym skrótem.

- Klub Miłośników Bastiana. Taka miejscowa sekta, której członkowie kupują w Trafo jedynie u naszego kolegi. Krążą plotki że postawili mu niedawno ołtarz i trzy pomniki. Według wyznawców KMB, wszystko co przechodzi przez ręce Bastiana ma specjalną, magiczną moc. Każdy element który przeszedł przez jego dłonie, działa w każdym miejscu i w każdych warunkach już na wieki, ceny jakie proponuje wywołują magiczny uśmiech na twarzy największych pesymistów, a jego hipnotyzujące słowa sprawiają, że kupujący uwierzą w każde, nawet te najbardziej absurdalne teorię naszego kolegi. Skrajni wyznawcy wierzą także, że kosmyk jego włosów potrafi wyleczyć grzybice stóp.

- Acha... Piotrek. Gdzieś się nożyczki zawieruszyły. Nie widziałeś może?

 

 

 

 

Do sklepu wpadł wysoki, łysy mężczyzna z facjatą której nie powstydził by się najaktywniejszy bokser. Aż zawiało chłodem, gdy dziwny, mroczny odgłos wydobył się z jego gardła. Gość wyraźnie nie był w sosie. Na kogo wypadnie, na tego bęc. Nieszczęście przypadło w udziale Luk-sanowi.

- Dzień dobry panu. Ostatnio kupowałem u was diody samochodowe na dwanaście wolt. Niby są białe, ale mają zupełnie inny kolor niż te, które mam już zamontowane w samochodzie. Co więcej, nawet one się między sobą różnią.

Luk-san nie wiele się zastanawiając, ruchem godnym najlepszych samurajów, chwycił owe diody i posługując się wyuczonym w wieku czterech lat stylem modliszki, szybko podłączył ów elementy do zasilania.

- No wydaje mi się, że te diody świecą jednak na biało - odparł praktykant.

- Niech się pan przyjrzy - rzekł tamten. - Ta świeci na żółto, a ta na niebiesko.

Nie mając akurat klienta, postanowiłem przyjrzeć się ów zjawisku. Patrzę i patrzę, wytężam wzrok, oglądam je z prawej i lewej. - Co jest nie tak z tymi białymi diodami? - zapytałem w końcu.

- One nie są białe. Ta jest niebieska, a ta żółta. Mają inny odcień - przekonywał mnie klient, najwyraźniej pewny swych racji.

- Mi się wydaje, że świecą identycznie - rzekł Luk-san.

- Co chcesz ze mnie idiotę zrobić? Mam ci przynieść i udowodnić.

No to się zaczyna. Zaraz pewnie przyniesie z samochodu swojego baseballa i będzie nas przekonywał do swych racji. Na szczęście w pobliżu był nasz wybawca, nasza gwiazda zaranna i opoka, z której mesjanizm aż się wylewa - Bastian we własnej osobie.

- Jaki mamy problem - zapytał w swój nader spokojny i pojednawczy sposób. Za nim ustawił się także ciekaw całej sytuacji Piotr.

- Te diody świecą w różnych odcieniach. Ta na niebiesko, a ta na żółto. A powinny wszystkie na jednakowo biało.

Bastian jeszcze raz przyjrzał się ów spornym elementom. Przez ułamek sekundy spojrzał także na nas. Już wiedzieliśmy.

- Rzeczywiście, jak się przyjrzeć... Istotnie... Jest różnica, nawet dość.... Ma pan racje, że... Świecą inaczej... - przekrzykiwaliśmy się w czwórkę jeden przez drugiego, przy okazji brechtając ego naszego klienta. Bastek podmienił mu diody na nowy zestaw a łysy natarczywiec wyszedł wyjątkowo zadowolony, jeśli tacy w ogóle odczuwają pozytywne emocje.

- A co z tymi diodami, co zostawił ten facet - zapytał praktykant Bastiana.

- Wyszukaj miejsce magazynowe i wrzuć tam gdzie są wszystkie pozostałe białe LEDy.

 

 

 

 

- Dzień dobry - usłyszałem kolejny, tym razem bardziej przyjazny głos.

- Dzień dobry. W czym mogę pomóc? - zapytałem.

- Potrzebował bym samca i samiczkę.

Ke passa? Nie wiele więcej się zastanawiając pobiegłem ile sił w nogach na zaplecze, by się poradzić Bastiana. Ale jego nie było. Co robić, co robić? Moje oczy błądziły bezsensownie po pomieszczeniu. Nagle mój wzrok przykuło coś, o co z pewnością pytał klient.

- Proszę bardzo. - Położyłem na ladzie towar.

- A... a co to niby ma być? - odparł tamten.

- Samiec i samiczka. Prawda, ze śliczne mają futerka?

 

Po mojej nieudanej próbie sprzedały chomików szefa, zakończonej przeniesieniem ich z dala od moich nadgorliwych rąk, podszedł do mnie Bastek:

- Nie przejmuj się Adaś. Kiedyś ktoś chciał podarować klientowi klucze do samochodu pana Mirka.

 

 

 

 

Dzień zbliżał się ku końcowi. Jeszcze tylko kilku klientów. Nagle zrobiło się szumnie. Mariusz, jeden z dwóch praktykantów obsługiwał pewnego niesfornego dziadka. Człek nie wydawał się specjalnie groźny, ale dał się we znaki nie tylko Mariuszowi, ale wszystkim pracownikom.

- Dzień dobry. Mam tu latarkę, która nie świeci. Macie może takie żarówki? - Zaczęło się niewinnie.

- Już szukam - odparł Mariusz, też już zmęczony dniem. Po chwili dotarł do klienta z szukaną częścią i począł rozkręcać latarkę. Operacja nie dała zadowalającego wyniku, to też praktykant, nie bezpodstawnie, pomyślał o wymianie również baterii. Klient zaczął się niecierpliwić, a cała sprawa - wyglądać poważnie, to też Mariusza wspomógł pozbawiony chwilowo zajęcia Cześ. Ale i wymiana baterii nie dała żadnego efektu. Zrezygnowani sprzedawcy zwrócili klientowi jego sprzęt, a ten nie okazując krzty wdzięczności za okazane zainteresowanie, zbeształ młodzieńców, zarzucając im brak profesjonalizmu. Tego było już za dużo.

- Jak pan wchodzi do warzywniaka, to kupuje pan marchewkę, pietruszkę i ziemniaki i każe sobie pan zupę przygotować - denerwował się Mariusz.

Nawet neutralni dotąd klienci zabrali głos, broniąc sprzedawców przed nadgorliwym dziadkiem, bez wątpienia zasilającym szeregi mohercommando. Dziadka nie lepiej potraktował sam Bastian, który w miarę grzecznie, acz dobitnie wytłumaczył klientowi, że ma do czynienia ze sklepem, a nie serwisem i że jego problem, nie jest naszym. Klient w końcu dał za wygraną, ale jak to zawsze bywa w takich sytuacjach, ostatnie słowo musiało należeć do niego.

- Lepiej zamknijcie ten sklep - burknął na dowidzenia tamten.

- Zamkniemy - odparliśmy chórem - już niedługo koniec dniówki.

 

 

 

 

- Dzień dobry - rzekł młody chłopak z naprzeciwka, będący zarazem moim ostatnim klientem. Wraz z kolegą przeglądali umieszczone na wystawce zestawy do samodzielnego montażu. - Chcielibyśmy kupić jakiś układ do ośmiu złotych, najlepiej jakiś mrugający lub pikający.

- Nie bardzo rozumiem - odparłem. - Żeby były jakieś efekty świetlne lub dźwiękowe?

- No, dokładnie. Potrzebujemy coś takiego na zajęcia. Dostaniemy jakieś za osiem złotych?

- Migający kwadracik by tyle kosztował - zacząłem wyliczać, z myślą o zaproponowaniu co najmniej kilku pozycji.

- BIERZEMY! - rzekli obaj jednocześnie, nie dając mi się wykazać.

 

 

 

 

Dzień zakończył się rozliczeniem kas i przeliczeniem sejfu. Rozjazdów nie było. Wszyscy myślami byli już przy ciepłym obiadku, kąpieli albo Sushi.

To jednak nie przeszkodziło klientom, którzy już po zamknięciu koczowali pod drzwiami Trafo. Jedni spoglądali na zegarku, dopytując się innych czy rzeczywiście jest już pora zamknięcia, czy sprzedawcy tym razem z nich zakpili. Inni, robiąc z rąk coś na kształt lornetki, przyklejali się do szyb, z nadzieją, że zobaczą to czego szukali, a czego określić nie potrafię. Może liczyli, że któryś z nas ich kątem oka zauważy, zlituje się i wpuści tę całą pielgrzymkę do środka. Popatrzałem na moich towarzyszy. Byli niewzruszeni, nawet wtedy, gdy ktoś zaczął szarpać za klamkę, a inny nerwowo wymachiwać przywieszonym obok drzwi pistoletem. Cały ten chaos trwał dobrych kilkanaście minut. W końcu tłum się rozszedł, pozwalając nam w spokoju opuścić sklep.

- Jutro też jest dzień - mówiliśmy jakby sami do siebie.

 

 

 

 

Pożegnałem się serdecznie z całą ekipą. Bastek zaproponował, że mnie podrzuci, bo będzie przejeżdżał obok mojego osiedla. Uznając to za dobrą okazję do bliższego zapoznania się z bożyszczem tłumów z KMB, chętnie przystałem na propozycję.

Rozmowa przebiegła wyjątkowo sympatycznie. Poruszaliśmy wiele ciekawych tematów, takich jak muzyka, praca, wiara, prężnie rozwijające się społeczeństwo drożdży, czy abc terroryzmu, z różnymi możliwościami zniszczenia świata za pomocą „czerwonego guzika niszczącego światy”. W końcu dojechaliśmy na parking przy moim mieszkaniu i na chwilę opuściliśmy pojazd.

- Dobrze się dziś spisałeś. Będą z ciebie ludzie - rzekł podając mi rękę na pożegnanie i pochylając głowę w podobnym geście, jaki wykonał wcześniej Luk-san.

Byłem tak zmęczony że nawet nie chciało mi się odpowiadać. Przytaknąłem jedynie.

- Wiem, że dzisiaj było dość spokojnie, rzekł bym nawet nudno, ale kolejne dni powinny być bardziej emocjonujące. Do jutra zatem. Bastian odjechał.

Stałem chwilę bez ruchu, w końcu złapałem się za swoje pyzate policzki i rzekłem sam do siebie: - Arbeit Macht Frei.

 

 

 

 

Dziś już nie pracuje w Trafo. Wybrałem pracę lżejszą, przyjemniejszą i mniej stresującą. Czasem jednak zastanawiam się jak by to było, gdybym nadal stał za ladą sklepu. Trzeba podkreślić, że przez ten okres nauczyłem się o wiele więcej, niż przez kilka lat edukacji w technikum, gdzie jak podkreślał szef Mirek, nie uczy się młodzieży elastycznego myślenia, a wpaja się wiedzę, z której młodzi nie potrafią korzystać. Wiele zawdzięczam ówczesnym współpracownikom. Nigdy o was nie zapomnę... eee... no ten... jak wy się tam w ogóle nazywaliście?

 

 

Byłbym zapomniał. Teraz pracuje w kamieniołomie.

 


 

Zbieżność imion i miejsc jest przypadkowa ;)

R-Chee

 

komentarze (5) | dodaj komentarz

List do zaświatów.

piątek, 06 czerwca 2008 23:03

 

Dziś skromnie, acz dla mnie bardzo wyjątkowo. Otóż, wśród sterty papierów, dokumentów i starych zeszytów (z których zdecydowana większość trafiła na śmietnik) odnalazłem coś, co uznawałem do niedawna za bezpowrotnie stracone, a co ma dla mnie dużą wartość sentymentalną.



Wiersz, napisany na zajęciach, na kolanie w ciągu kilkunastu minut, tak bardzo spodobało się mojemu wykładowcy, że nie obyło się bez porównania do samego Stachury. Było to dla mnie wielki komplement, toteż bardzo miło wspominałem ów utwór. I gdy sądziłem, że dzieło mojej mrocznej wyobraźni przepadło, odnalazłem je i z wielką przyjemnością zamieszczam na moim blogu.




Zapraszam również na blog HaeSa na którym znajdziecie między innymi moją recenzję dotyczącą najnowszej odsłony przygód awanturniczego archeologa Indiany Jonesa: LINK.





Panie śmierci. Ty co swoimi

dłońmi kościstymi wstęgi życia

odbierasz ludziom maści

wszelakiej i majątku. Władco sal

grobowych, pozwól mi posmakować

oddechu swego na mych plecach.

Koso. Posłanniku, coś sam

dechu już nie posiadawszy,

przyjdź! Przyjdź do mnie kradnij

to, co innym odbierasz z upodobaniem.

Cierpię. I czekam. Nie pozwól więcej.

Śmierci w czarnym kapturze na

swej gołej kości. Morderczynio.

Niech twego kroku dotknę. O!

Już cię mam...


komentarze (2) | dodaj komentarz

Kroniki Gildii Magów. MAPA ŚWIATA.

piątek, 23 maja 2008 15:46


 

Witajcie moi drodzy. Dziś bez większego wstępu, bo niezbyt wiele działo się ostatnio ciekawego w moim życiu.


 

Rodzice powoli przygotowują się do generalnego remontu mieszkania (wymiana okien, remont łazienki, tapetowanie pokojów itp.), więc może się okazać, że na początku wakacji będę poza zasięgiem.


 

A i jeszcze jedno. Korzystając z doświadczeń mojego kolegi Huberta, zabrałem się za Solaris Lema i pomimo iż przeczytałem na razie jakieś 60% książki, już teraz powiem, że moje odczucia względem niej są jak najbardziej pozytywne, biorąc pod uwagę zwłaszcza pomysł na nową, całkowicie różną od dotychczas kreowanych, pozaziemską formę życia oraz futurystyczne myślenie autora (choć niektórych może razić np. używanie nazwy „wielki kalkulator” zamiast „komputer pokładowy”). Książkę polecam (zwłaszcza miłośnikom astronomii), a tych którzy chcieliby dowiedzieć się czegoś więcej, odsyłam TUTAJ.


 

Co do dzisiejszego opowiadania, to tak właściwie dziś żadnego nie będzie. Zamiast tego przedstawiam wam mapkę stworzonego na potrzeby Kronik Gildii Magów świata wraz z miarę szczegółowym opisem poszczególnych krain. Teraz możecie sprawdzić którędy wędrowali poszczególni bohaterowie mojej historii. Art wykonany przeze mnie (a jak :D ).


 

Pozdrawiam i miłego czytania.

 



********************************************************************************


        Poniżej przedstawiona została mapa świata wraz z opisem znajdujących się na nim krain. Kontynent posiada niezliczoną ilość nazw własnych, gdyż każdy zamieszkujący go lud (nawet w obrębie jednego miasta) nazywa go inaczej. Dlatego też, ów ląd nazywany jest najczęściej po prostu kontynentem.


 


(aby obejrzeć mapkę w powiększeniu należy nacisnąć na nią prawym przyciskiem myszy, a następnie wybrać z otwartego menu opcję: "POKAZ OBRAZEK")




********************************************************************************


Armandia - wraz z Fionnią i południowym Hesprem tworzy Zjednoczone Królestwo, którego władcą jest król Gregor II. Kraina, której tereny stanowią głównie lasy i pola uprawne, swą nazwę zawdzięcza Armandą - łańcuchowi górskiemu położonemu w centralnej części krainy. Obszar Armandii początkowo obejmował jedynie niewielkie tereny położone po zachodniej stronie masywu, rozrastał się jednak przez dziesiątki lat, osiągając w końcu dzisiejsze rozmiary. Nie tak dawno kraina była jeszcze większa, utraciła jednak niepodległe dziś krainy Narifii i Nowej Ninardii. Mimo to Armandia pozostaje największą krainą na kontynencie. Stolicą krainy (jak i całego Zjednoczonego Królestwa) jest Sodan, dwór króla oraz siedziba zakonu Paladynów. Kraj administracyjnie dzieli się na trzy prowincje, których naturalną granicą są Armandy. Prowincję wschodnią stanowią wszystkie tereny leżące na wschód od masywu, tereny leżące po zachodniej jego części to prowincja zachodnia (czasem zwana centralną, przez aspekty historyczne oraz obecność na jej terenie najważniejszych w kraju obiektów), z kolei tereny położone na południe od gór i samej stolicy stanowią prowincję południową (nazywaną niegdyś ziemią magów).

Ważną częścią krainy jest tzw. Cytadela, której władcą jest mag San, zwany często Ojcem Cytadeli. Miejsce to jest o tyle ciekawe, że prócz magów zamieszkuje je wiele najróżniejszych istot, którym Ojciec Cytadeli udzielił schronienia, oczekując w zamian lojalności i poszanowania ogólnie obowiązujących praw. Dlatego też nie trudno na rynku Cytadeli spotkać maszerujących obok siebie ludzi, magów, krasnoludów, elfów, orków, jaszczurów, mieszańców i różnych innych dziwacznych stworów.

Ponadto, do niedawna wyróżniającym się obiektem w południowej prowincji był Klasztor Świętego Ognia (siedziba magów zakonu ognia). Aczkolwiek w skutek pożaru (oficjalna wersja, w którą mało kto wierzy) budowla zmieniła się w ruiny, w których z rzadka spotkać można żywe istoty.

Ze względu na swoje rozmiary i znaczenie w skali kontynentu, Armandia wraz z Fionnią i południowym Hesprem musi prowadzić bardzo skomplikowaną politykę zagraniczną. Wśród licznych oficjalnych (Nowa Ninardia i Ventin) i nieoficjalnych (Deesadalle i Narifia) sprzymierzeńców, istnieje także wielu wrogów w postaci orków z Kajalu (skutecznie powstrzymywanych przez wojska Nowej Ninardii), najemnych bandyckich grup z Gerylndu czy dzikich, pustynnych plemion ze wschodu (z którymi od wielu lat nie było poważnych konfliktów, pomimo bardzo brutalnej wojny jaka miała miejsce przed wieloma laty). Jednak największym zagrożeniem dla królestwa są ostatnimi czasy działania potężnego maga - Lorda Aldo, który wspierany przez zastępy mrocznych stworzeń z Północnego Hespru (w pojedynkę, dzięki swej potężnej magii, czyniąc mieszkańców ów terenów swymi poddanymi) już po raz drugi w przeciągu kilkunastu lat próbuje zbrojnie najechać Zjednoczone Królestwo.



********************************************************************************


Fionnia - nadmorska kraina w większości pokryta lasami. Kraj ów zawsze utrzymywał dobre stosunki z Armandią, toteż nikogo nie zaskoczył fakt, że chętnie przystała do unii tworzącej Zjednoczone Królestwo. Fionnia uznawana jest często za najspokojniejsze i najbezpieczniejsze miejsce na kontynencie. Jest w tym sporo prawdy, bo wrogów jako takich kraj nie posiada (czasem zdarzają się niewielkie potyczki z Nomadami z południa), a armię ma potężną i zdyscyplinowaną (mówi się, że co drugi Paladyn pochodzi właśnie z Fionni), to też często wspiera bardziej narażone na ataki z zewnątrz Armandię i Południowy Hespr. W tej nadmorskiej krainie władze sprawuje namiestnik, osobiście wyznaczany przez króla na dożywotni urząd. Stolicą Fionni jest Edij, miasto założone w pobliżu olbrzymiej kopalni srebra. Ponadto do Fionni należy archipelag wysp rozsianych w Zatoce Słońca (nazywanej tak ze względu na panujące na ogół w tym rejonie warunki pogodowe). Na największej z wysp swoją bazę ma najlepsza na kontynencie flota morska (obecnie bardzo już podstarzała), wspierająca wielokrotnie wojska króla Gregora. Dzięki temu udało się ograniczyć do minimum obecność w zatoce piratów z Gerylndu.



********************************************************************************


Południowy Hespr - kraina tworząca niegdyś z Północnym Hesprem jeden kraj. Wszystko zmieniło się za sprawą pierwszej wojny z Lordem Aldo. Wspierająca jego działania północ ogłosiła secesję i zupełnie odizolowała się od swoich braci z południa, z każdym kolejnym rokiem coraz bardziej pogłębiając przepaść jaka zaczęła dzielić obie części Hespru. I kiedy karmiona kłamstwem, nękana wojnami, zarazami i głodem cywilizacja północy coraz bardziej podupadała, południowa część kwitła w najlepsze, przeżywając swój renesans. Rozwój cywilizacyjny był tak szybki i znaczący, że wkrótce po rozpadzie mieszkańcy zrozumieli, że bliżej im do sąsiadów z południa (z którym zawsze utrzymywali przyjazne stosunki) niż do niedawnych braci z północy. Wkrótce potem Południowy Hespr zawarł sojusz z Armandią i Fionnią, stając się trzecim krajem tworzącym Zjednoczone Królestwo.

Południowy Hespr charakteryzuje się dość zróżnicowanym terenem. Na południu i zachodzie przeważają lasy, na wschodzie i północy z kolei większość terenów stanowią słabo zalesione równiny, często wykorzystywane jako pola uprawne bądź pastwiska. Kraj ten słynie także ze swoich deszczów, które letnią porą zdarzają się wyjątkowo często. Stolicą Południowego Hespru jest Queba - ciągle unowocześniana duma mieszkańców krainy i rezydencja magów zakonu wody. Niektórzy podejrzewają, że występujące tu deszcze to skutek uboczny magicznych eksperymentów, inni z kolei sadzą, że to nie magowie wpłynęli na klimat, lecz klimat na magów, sprowadzając ich do krainy. W Quebie rezyduje także kolejny z namiestników króla Gregora, wyznaczany podobnie jak w przypadku Fionni, na dożywotni urząd. Mieszkańcy krainy to ludzie postępowi i przyjaźnie nastawienie do innych ludów, także krasnoludów z Narifii. Do niedawna ich jedynym problemem pozostawały powtarzające się konflikty z mieszkańcami północnej części Hespru. Obecnie jednak nad krainą rozciąga się widmo wojny, wywołując niepokój w sercach Południowych Hespran.



********************************************************************************


Północny Hespr - często nawiedzany przez dziwne istoty z najodleglejszych światów, od zawsze cieszył się złą sławą. Kraina gęstych, dzikich lasów, bagien i moczar (powstałych za sprawą rzek spływających z deszczowego południa) zamieszkiwana jest głównie przez jaszczury oraz dalece zacofane, nazywane przez mieszkańców południowej części Hespru Nibyludźmi, zdegenerowane moralnie chłopstwo, stanowiące jednak bardzo podatny grunt dla działań wszelakiego rodzaju szamanów, kaznodziei i szalonych proroków. Z tego powodu, a także ze względu na swoje strategiczne położenie, kraina ta bywa często języczkiem u wagi możnowładców z całego kontynentu. Nawet Lord Aldo uznał, że jest to idealne miejsce do rozpoczęcia ataku na Zjednoczone Królestwo. Mówi się także, że gdzieś w Północnym Hesprze ukryty jest jeden z dawno zapomnianych, magiczny portali i właśnie dzięki niemu najeźdźca tak szybko zdołał zapanować nad mieszkańcami krainy. Obecność portalu tłumaczyła by również sposób w jaki ów dziwaczne istoty tak swobodnie wędrowały po terenach Północnego Hespru. Ze względu na ów stwory, a także liczne wojny, częste zarazy, panujący głód i ogólną biedę, ksenofobia jest wśród mieszkańców krainy bardzo uwydatniona. Brak sympatii do obcych odzwierciedlają raporty sporządzane przez magów zakonu wody, w których niejednokrotnie natknąć się możemy na opisy incydentów, a nierzadko wręcz poważnych konfliktów, jakie miały miejsce pomiędzy mieszkańcami Północnego Hespru, a ich pobratymcami z południa, jak również z krasnoludami z Narifii.

Stolicą krainy jest Rodar - miejsce niezwykle nieprzyjemne, nazywane przez wielu upadłym miastem. Obecnie kraj znów znalazła się pod rządami Lorda Aldo i jego sługusów, powodując niemałe poruszenie na całym kontynencie, zwłaszcza na dworze króla Gregora II.



********************************************************************************


Narifia - kraina naturalnych bogactw, będąca niegdyś częścią Armandii. W skutek coraz większego nasilenia się obecności krasnoludów, ówczesny król Armandii (przodek Gregora) utracił kontrolę nad cennym złożem surowców. Doszło nawet do poważnego konfliktu, gdy król wysłał swoje garnizony. Bunt był jednak na tyle skuteczny,że król musiał uznać niepodległość Narifii i oddać ją w ręce krasnoludów, za co był później wielokrotnie krytykowany. Dziś stosunki króla Gregora z zamieszkującymi Narifię krasnoludami znacznie się ociepliły, a po pierwszej wojnie z Lordem Aldo, można było nawet usłyszeć głosy, że oba kraje są w nieoficjalnym sojuszu. Właśnie od tego czasu problem Północnego Hespru spędza sen z powiek krasnoludom. U podnóży gór Północnych niejednokrotnie dochodziło do poważnych, nawet krwawych konfliktów z mieszkańcami Północnego Hespru. Stąd między innymi takie zaangażowanie Pelina i jego hord w drugiej wojnie z wojskami Lorda Aldo.

Stosunki z sąsiadami z Caleeh krasnoludy ograniczają do wymiany handlowej i umowy o braku granic na wodach Wielkiej Zatoki. Kraina nie ma swojej oficjalnej stolicy. Nieoficjalnie za taką uważa się system jaskiń w górach północnych, zwany Miastem w górach, w którym rezydują najzacniejsi spośród krasnoludów.



********************************************************************************


Deesadalle - kraina elfów rządzona przez Lady Nyho. Niewielu ludzi dostąpiło zaszczytu gościny na jej dworze. Ci jednak którym to było dane, mówili o gęsto porośniętych, wypełnionych magicznymi stworzeniami lasach i wielkim wodospadzie którego woda... pięła się w górę zbocza, przecząc prawom fizyki. Ponoć ów dziwo było jedynie drobną manifestacją magii jaka panuje w tym miejscu. Wielu podróżników powracających z tej krainy opowiadała później o tęsknocie za światem elfów. Stolicą i prawdopodobnie miejscem zamieszkania Lady Nyho jest Riv-Snu. Kraj wyraźnie deklaruje swoją neutralność wobec wszystkich sąsiednich krain, nieoficjalnie jednak swoje sympatię kieruje w stronę dworu króla Gregora i krainy szamanów - Ventin. Jakkolwiek, swego czasu Deesadalle utraciło na rzecz orków z Kajalu część swoich południowo-wschodnich ziem. Orkowie zostali odparci, jednakże ziemię które zajęli zostały tak dalece zdegradowane, że ani elfowie, ani inne sąsiednie kraje z mieszkańcami Nayyrn na czele, nie były zainteresowane odbiciem ów terenów z łap najeźdźców. Do dziś ten rejon uznawany jest za "niewarty zachodu".



********************************************************************************


Nowa Ninardia - powstałe na ruinach Starej Ninardii księstwo księcia Deelona, niegdyś wiernego Paladyna na służbie króla Gregora I. Za swe zasługi i wielokrotne ratowanie królestwa z opresji (m.in. w czasie pierwszej wojny z Lordem Aldo), otrzymał on na własność olbrzymie połacie ziem. Deelon, który z ręki króla otrzymał nowy tytuł, ziemię na własność przyjął, choć doskonale zdawał sobie sprawę z faktu, że intencje króla nie były do końca czyste. Król chciał najprościej w świecie zrzucić na kogoś innego problem atakujących z terenów Kajalu orków. Ale zaradność księcia pozwoliła mu nie tylko odeprzeć ich podstępne najazdy, ale także raz na zawsze pozbyć się orków z terenów przygranicznych, rozwiązując w ten sposób problem, z którym przez dziesięciolecia nikt nie potrafił sobie poradzić. Stworzył on bowiem najnowocześniejszą w świecie jazdę, co ciekawe opartą nie na koniach lecz wilkach. Dlatego też mieszkańcy Nowej Ninardii często nazywani są Wilczymi Jeźdźcami. Nowa Ninardia od zawsze połączona była przyjacielskim sojuszem ze Zjednoczonym Królestwem, toteż następcą księcia Deelona zostanie najprawdopodobniej jego młodszy syn Marlon, gdyż starszy syn Lucjusz zaręczony jest z Tildą, córką króla Gregora - jedyną dziedziczką tronu Armandii, Fionni i Południowego Hespru. I to właśnie on najprawdopodobniej zasiądzie wkrótce na tronie Zjednoczonego Królestwa, zastępując podstarzałego już króla, dając w ten sposób początek nowej królewskiej dynastii.



********************************************************************************


Ventin - znana bardziej jako kraina szamanów - Ventinian. Lud zamieszkujący te tereny żyje w zgodzie z naturą, oddając cześć ziemi, w zamian korzystając w rozsądny sposób z jej dóbr. Kraj słynie z wojowników o nieprzeciętnej sile oraz kasty szamanów, którzy specjalizują się w magii (m.in. kontakty z duchami, ważenie magicznych wywarów na bazie naturalnych składników, umiejętność "porozumiewania się" z naturą). Ventin to w większości rzadkie lasy oraz stepy. Co ciekawe kraina ta jeszcze do niedawna była częścią Gerylndu. Rozproszeni niegdyś po całym południu szamani, by zwiększyć swoje szanse na przetrwanie, skupili się na niewielkim, najbardziej żyznym terenie w kilku silnych plemionach, rywalizujących ze sobą, ale i wspierających się w razie zagrożenia z zewnątrz. Tak powstał Ventin, którego nieoficjalną stolicą uznano Elravatt - miejsce zamieszkania głównego wodza, Kwiata Północy. Ventinianie są sojusznikami Zjednoczonego Królestwa i elfów z Deesadalle.



********************************************************************************


Gerylnd - kraina zamieszkała niegdyś przez szamanów (ówcześnie zamieszkujących niewielkie tereny Ventin), ze względu na brak władz, praw i stałych mieszkańców, nazywana jest ziemią niczyją. Ów ziemie okazały się idealnym schronieniem dla wszelakiego typu wyrzutków, przestępców, bandytów czy piratów. Jednakże w Gerylndzie każą się oni nazywać Nomadami. Kraina ta to w większości nieprzyjazne prerie. Żaden z wielkich możnowładców nie interesuje się sprawami krainy, toteż oficjalnie wszyscy sąsiedzi utrzymuje z mieszkańcami Gerylndu neutralne stosunki. Jakkolwiek, kraj ów cieszy się wielkim zainteresowaniem wśród awanturników, drobnych kupców, poszukiwaczy skarbów i orków z Kajalu. Plotki głoszą, ze swego czasu potężne, bandyckie szajki ukryły na ów terenach niezliczone ilości bogactw. Szacuje się, że na odkrycie wciąż czeka ponad połowa z zakopanych tam przed laty skarbów i artefaktów, także tych wyjątkowo groźnych i potężnych. Wśród tych najbardziej niebezpiecznych znalazły się także artefakty niezbędne do przywołania potężnego demona zwanego "Wybranym" (Lord Aldo próbuje je aktualnie odszukać). Największą osadą, którą miastem w żaden sposób nazwać nie można, jest Stoh. Położona nad jeziorem miejscowość jest głównym punktem handlowym, w którym za bezcen można zakupić znalezione przez poszukiwaczy skarby. Równie dobrze można tam także stracić głowę - dosłownie. Miejscem cieszącym się najgorszą sławą jest Dolina Demonów - obszar pełen ukrytych bogactw, z którego jednak mało kto powraca żywy. Mówi się, że to jedno z miejsc ukrycia magicznego portalu.



********************************************************************************


Nayyrn - kraj znajdujący się wraz z Caleeh i Nigdell pod rządami króla Onarda. Ta pokryta niemalże w całości piaszczystymi pustyniami kraina (za sprawą znajdującego się na północy wysokiego pasma gór czarnych skutecznie zatrzymującego naturalny obieg wód w rejonie), to w istocie ojczysta ziemia tzw. dzikich ludów ze wschodu, nazywających siebie samych - Secenami. Stolicą Nayyrn jest Erchuzann - targane częstymi burzami piaskowymi miasto wybudowane na wielkiej skale. Już od niepamiętnych czasów Seceni powiększali swojej terytoria, zbrojnie najeżdżając sąsiednie ludy (czemu zawdzięczają swój przydomek). Ekspansja nie mogła trwać w nieskończoność. Po opanowaniu Caleeh i po długich staraniach zdobycia leżącego na wschodzie Nigdell (po wielu miesiącach zakończonych sukcesem), król Urnel Stary, ówczesny władca i ojciec Onarda, bojąc się magii elfów i niezbyt interesując się zdewastowanymi ziemiami Kajalu i Quendenn, skierował swój wzrok na zielone tereny Armandii. Doszło do długiej, wyjątkowo krwawej wojny, z której zwycięsko wyszedł król Gregor I i jego Paladyni. W ramach trybutu, część terenów Caleeh zostało wcielonych do Zjednoczonego Królestwa. Później miały miejsce jeszcze liczne spory, jakkolwiek nie doszło ostatnimi laty do jakiś znaczących bitw. Oba narody utrzymują względną neutralność, choć król Onard nigdy nie krył, że chętnie odzyskałby utracone przed laty ziemie. Niestety dla Nayyrn i na szczęście dla Armandii, król Onard ma pełne ręce roboty w związku z działaniami orków z Kajalu. Jak wspomniano już wcześniej, niemal cały Nayyrn pokryty jest nienadającymi się do życia piaskowymi pustyniami. Wyjątek stanowią bardziej przyjazne, częściowo zalesione, tereny położone na zachód i południe od stolicy. To stamtąd pochodzi 80% ludności i 95% pożywienia jakie produkowane jest w kraju. Dlatego są to wyjątkowo cenne tereny, zarówno dla króla Onarda, jak i orków z Kajalu, którzy już wielokrotne próbowali je zdobyć, jak dotąd - bezskuteczne.



********************************************************************************


Caleeh - państwo leżące nad Wielką Zatoką, będące swego czasu punktem spornym w konflikcie między Zjednoczonym Królestwem a Secenami. Zamieszkiwany niegdyś przez bardzo przyjazny lud zwany Nerusdanami kraj, był zbyt słaby wobec potęgi Secenów, którzy bez większych problemów zdobyli Nerusd (stolicę krainy) i zdominowali jego mieszkańców. Przez narzucenie swojej kultury i mieszanie genów, Nerusdanie stosunkowo szybko zostali zasymilowani przez najeźdźców. Jedyne ślady jakie zachowały się po ich kulturze to nieliczne dzieła sztuki (obecnie bardzo cenione na całym kontynencie) oraz nazwa stolicy, która nie jest już jednak kolebką kultury, a silnie ufortyfikowaną twierdzą. Mówiąc o Caleeh nie sposób nie wspomnieć o tym, że była to główna arena krwawych bitew jakie rozegrały się w przeszłości między królestwami Gregora I a Urnela Starego. To głównie z tego powodu obecne granice Caleeh bardzo różnią się od tych z przed kilkudziesięciu lat. Zmianie uległa zwłaszcza zachodnia granica, rozciągająca się niegdyś od jeziora Tokusa (obecnie wschodnie tereny Armandii), aż po najbardziej wysunięte na zachód tereny Nayyrn. Była to cena jaką musieli zapłacić Seceni za próbę najazdu na Zjednoczone Królestwo. Caleeh to dość zróżnicowana klimatycznie kraina. Powodem tego jest przecinające krainę zachodnie pasmo gór czarnych (niepotwierdzone plotki mówią o sieci tajnych, zbudowanych przed laty tuneli, łączących obie części krainy; jakkolwiek nie ma na to jednoznacznych dowodów). Na ich południowej stronie panują warunki podobne do tych występujących w Nayyrn (piaskowe pustynie - warunki skrajnie niesprzyjające rozwojowi życia). Z kolei na północy panuje przyjazny śródziemnomorski klimat. Toteż nie specjalnie dziwi fakt, że zamieszkujący północne tereny Seceni wykazują się wyjątkową, jak na ich kulturę, neutralnością, a nawet (w odniesieniu do krasnoludów z Narifii) umiarkowaną sympatią.



********************************************************************************


Nigdell - według zebranej dokumentacji i relacji świadków (z których żaden nie dożył dnia dzisiejszego), krainę tę zamieszkiwały w przeszłości minotaury i to ponoć ten lud walnie przyczynił się do powstania Tjess - największego portowego miasta w okolicy i zarazem nieoficjalnej stolicy kraju. Seceni żywili olbrzymi szacunek do tych potężnych istot, dlatego za wszelką cenę unikali z nimi konfliktów. Jednak po tajemniczym zniknięciu minotaurów (nielicznych przedstawicieli tego szlachetnego gatunku wciąż można spotkać na kontynencie), najprawdopodobniej z powodu morskiej migracji na wschód lub jak utrzymują inni - w skutek tajemniczej zarazy, ziemie te długo pozostawały "bezpańskie". Przypuszcza się, że ważnym czynnikiem determinującym taki stan rzeczy były otaczające Tjess niedostępne i pełne grozy puszcze, a także plotki dotyczące ów straszliwej zarazy. Obrazu grozy dopełniały plotki o pradawnym cmentarzysku statków uniemożliwiającym dostanie się do Tjess drogą morską). Sytuacja zmieniła się w chwili, gdy do Nigdell wtargnęli orkowie z Radgan (jak się później okazało, orkowie od lat planowali zdobyć te ziemię; na drodze stała jednak niedostępna puszcza, której skuteczne przebicie - zapewniające stały transport z Radgan - zajęło im wiele miesięcy). Obawiając się zagrożenia własnych granic, król Urnel Stary zareagował natychmiast, nakazując swym wojskom dotarcie do Tjess, odbicie miasta z łap orków i wygnanie ich z Nigdell raz na zawsze. Po bardzo długich i wyczerpujących walkach (wiele czasu zajęło ów armii samo dotarcie do miasta), Seceni zwyciężyli, przyłączając ostatecznie Nigdell do swojego królestwa. Żołnierze króla Urnela zdołali także nieco rozszerzyć granice krainy o okoliczne tereny nadmorskie (kosztem Quendennu i Radganu). Kilka miesięcy później doszło do wojny ze Zjednoczonym Królestwem.



********************************************************************************


Qundenn - Północne Pustkowia - najbardziej wysunięta na północ część kontynentu. Większość krainy to skaliste pustkowia niemal całkowicie pozbawione życia. Dlatego też nigdy nie cieszyły się większym zainteresowaniem sąsiadów z Nayyrn. Najważniejszą część krainy stanowi północne pasmo gór czarnych - największego i najwyższego górskiego pasma na kontynencie. To właśnie tam, w zaśnieżonych i pełnych niebezpieczeństw dolinach, na długo przed pierwszą inwazją na Północny Hespr, Lord Aldo wybudował swoją twierdzę. Niektórzy sądzą, że to jego moce sprawiły, że ów góry stały się tak posępne i mroczne. Niewielu widziało ów twierdzę, a z tych co ją rzekomo widzieli - niewielu powróciło. Dowody są mało przekonujące, ale istnieją. Tajemnicą pozostaje jednak, czy właśnie tam znajduje się trzeci z teoretycznie wciąż działających magicznych portali, tworzący wraz z tymi istniejącymi ponoć w Północnym Hesprze i w Dolinie Demonów w Gerylndzie tzw. Trójkąt Ladara (Ladar - twórca magicznych portali; starożytny mag, który jako pierwszy z powodzeniem stosował magie teleportacji).



********************************************************************************


Radgan - niewiele wiadomo o tej krainie. Stare legendy głoszą, że tam właśnie osiedliły się pierwsze orki. Informacje te nigdy jednak nie zostały potwierdzone. Zamieszkała głównie przez te stwory kraina, to w większości nieużytki - pozostałości po bardzo nieudolnej gospodarności ów ludu. Z tego też powodu większość orków przeniosła się do sąsiedniego Kajalu. Ci którzy zdecydowali się pozostać, według innych niepotwierdzonych plotek, prowadzą handel z przybyszami z sąsiednich kontynentów, sprzedając głównie zdobycze wojenne, a tonami kupując oręż wykonany z rzadko występujących na kontynencie surowców. Jak dotąd jednak orkowie z Radgan niezbyt dali się we znaki mieszkańcom kontynentu (w przeciwieństwie do ich braci z Kajalu). Jedynym wydarzeniem wartym uwagi była ich wojna z Secenami o zdobycie kontroli nad Tjess. Wielu uważa nawet, że orkowie, chcąc zagospodarować opuszczone przez minotaury tereny, nie zrobili niczego złego, i że to Seceni okazali się w tym konflikcie agresorami.



********************************************************************************


Kajal - kraj zamieszkiwany w większości przez orki, trudniące się przede wszystkim hodowlą trzody i rozwijaniem swego wojennego rzemiosła. Ów rozwój jest głównym powodem niepokojów jakie od lat trapią mieszkańców sąsiednich krain. Armandia, Stara Ninardia, Gerylnd, Nayyrn - mieszkańcy wszystkich tych krainy dotkliwie odczuli na swej skórze co to oznacza mieć za wroga orka. Nie dziwi zatem fakt, że Kajal prowadził w ostatnich latach wiele wojen, czasem z kilkoma wrogami jednocześnie. Atoli, orkowie to naród nad przeciętnie odporny i wytrzymały, toteż żadnemu z wrogów nie udało się jak dotąd owego ludu zniewolić. Jedynym sprzymierzeńcem Kajalu, poza bliźniaczym Radganem z którym tworzy tzw. Sojusz Dwóch, jest Qundenn - kraj kontrolowany przez Lorda Aldo. Choć orkowie nie przepadają zbytnio za magiem, zachęcani możliwością zdobycia wielu łupów, chętnie przystają do jego armii najemników.

Kajal to w większości pastwiska i nieużytki będące pozostałością po wyciętych w przeszłości lasach. Stolicą krainy i jest Tan'ach. Kraj nie posiada swojego władcy. O sprawach mieszkańców decydują wodzowie poszczególnych klanów. Za najpotężniejszy z nich uważa się obecnie rezydujący w stolicy Klan Czarnych Węży Etsula Therna.



********************************************************************************


Ziemie nieznane - nieznany kontynent, którego mieszkańcy najprawdopodobniej prowadzą wymianę handlowa z orkami zamieszkującymi Radgan. W kronikach gildii nie ma wzmianek o mieszkańcach, kulturze, klimacie i o ewentualnych podróżnikach, którzy mogli by zaświadczyć o odkryciach jakich tam dokonali.



********************************************************************************



komentarze (2) | dodaj komentarz

 1234567  »

sobota, 21 listopada 2009

Licznik odwiedzin: 23385

O moim bloogu

Lubisz opowiadania online? Interesuje cię fantasy i historie z dreszczykiem? Jeśli tak, to świetnie trafiłeś. Zapraszam na swego bloga.

Jam jest...

Witam serdecznie i dzięki za zawitanie na mojego bloga. To moje pierwsze tego typu przedsięwzięcie. Jestem mieszkańcem Rudy Śląskiej, amatorsko piszącym opowiadania, głównie fantasy, s-f, ale także sensacyjne i przygodowe. Mam już na koncie kilka amatorskich projektów pisanych głównie z myślą o moich znajomych. Teraz czas zabrać się za coś poważniejszego. I mam nadzieję, że ów blog będzie pierwszym krokiem w tym kierunku.

Kontakt:
GG - 4964630
mail - rcheep@gmail.com

Fajny blog? Wyraź swoją opinię

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 19.10.2009 23:45:20
  • autor: r-chee
  • treść: Mam 25 lat, a wygląd...

Moje teksty znajdziesz także na: